Czechy Zachodnie 2007

Urlop a właściwie marne 7 dni wolnych od monotonii pracy i miasta smo(gu)ka postanowiliśmy spędzić w Czechach. Bo gdzież indziej można wypocząć lepiej, smaczniej i weselej? Z dala od szaleństwa samoobron, mundurków, seksafer i kampanii głupców robiących ludziom wodę z mózgów.

Jako że był to wrzesień pogoda nie była już tak łaskawa a temperatury łagodne, ale i tak świetnie się bawiliśmy.

Postanowiliśmy rozpocząć wycieczkę od słynnych czeskich uzdrowisk, czyli Lazni. Oczywiście tempo zwiedzania i jego intensywność była taka, że bardziej tych uzdrowisk potrzebowaliśmy po urlopie, no ale cóż... Pierwszy etap podróży to oczywiście PKS do Cieszyna. W drobnej mżawce przeszliśmy przez granicę i na dworcu w Czeskim Cieszynie kupiliśmy bilet. Okazało się, że Czesi mają promocję podobną do naszych biletów weekendowych, ale obowiązuje tylko przez jeden dzień. Bilet taki kosztował około 300Kc (za nas dwoje!) a przejechaliśmy na nim drogę z Cieszyna aż do Marianskich Lazni i jeszcze dalej. Jest to bilet sieciowy SONE+ i może na nim jechać do 5 osób. Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie właśnie w Marianskich. Klasyczny dworzec w stylu cesarstwa austriackiego i spokojne miasteczko. Po przejściu około kilometra główną ulicą znajdujemy się w centrum uzdrowiska. Starówka położona niemalże w lesie, bo takie wrażenie można odnieść gdy widzi się kamienice a za nimi gąszcz drzew. Co nas zaskoczyło, to fakt iż znajdowała się tam położona na wzgórzu cerkiew. Uwierzyliśmy wtedy przewodnikom, że większość kuracjuszy przybywa z Rosji.

Centrum uzdrowiska stanowi piękna 138-mio metrowej długości kolumnada z 1889r. ze źródełkami wody mineralnej o różnym nasyceniu pierwiastkami. O tak wczesnej godzinie jeszcze ominęliśmy tłumy i spokojnie przechadzaliśmy się w oczekiwaniu na następny pociąg. Przed południem byliśmy już w drodze do kolejnego punktu wycieczki – Frantiszkowych Lazni. Tutaj oczy sycił kolor żółtych kamienic z białymi dekoracjami. Średnia wieku turystów była zdecydowanie powyżej 60 lat. Spróbowaliśmy oczywiście uzdrowiskowych wafelków i wyruszyliśmy pieszo do oddalonego o jakieś 8 km Soos, gdzie spod ziemi wypływa zasiarczona i bulgocąca woda tworząc krajobraz jak u bram piekielnych. Po drewnianym podeście można przejść się przez najciekawsze obszary tego rezerwatu, gdzie znajdują się mofety czyli miniwulkany z bulgocącą wodą. Bilet wstępu pozwalał nam jeszcze obejrzeć wystawę gumowych dinozaurów oraz wypchanych ptaków występujących w tej okolicy. Utknęliśmy w tym miejscu na około półtorej godziny. Niestety komunikacja do tego miejsca jest bardzo utrudniona – tylko kilka pociągów na dzień. Mieliśmy jeszcze około 2 godzin czekania, więc postanowiliśmy wykorzystać nasz bilet i przejechać się pociągiem w drugim kierunku - do Skalnej. Podjechaliśmy standardowym czeskim osobakiem "Rady 809" lub 810. Nieomal przegapiliśmy stację i dopiero interwencja konduktorki u maszynisty pozwoliła nam wysiąść. Chyba tylko w Czechach pociągi zatrzymują się dla spóźnialskich:) Połaziliśmy po miasteczku w którym znajduje się zamek zajęty przez hotel i restaurację, pooglądaliśmy kościół w centralnej części miasteczka i wróciliśmy na stację i do naszego pociągu który teraz wracał do Cheb. Tym oto sposobem dotarliśmy do Chebu – największego miasta w tym regionie. Przespacerowaliśmy się na pięknie odrestaurowany rynek oraz po wąskich i urokliwych uliczkach. Ulica Różowa ma na przykład domy o różowo pomalowanych fasadach. Niestety na nic więcej czasu nie starczyło, bo chcieliśmy na maksa wykorzystać nasz bilet. W supermarkecie zakupiliśmy szybko trochę prowiantu i udaliśmy się z powrotem na dworzec.

Ostatni przejazd na naszym bilecie weekendowym to Cheb – Nove Sedlo skąd przeszliśmy się do Lokta gdzie nocowaliśmy. Po drodze można zobaczyć trzy kamienne krzyże niewiadomego pochodzenia, jakich podobno jest w Czechach dość dużo. Udało się nam znaleźć fajną miejscówkę z widokiem na XIII w. zamek i miasteczko położone obronnie nad rzeką Ohre. Wystarczyło wyjść przez okazały most przy zamku, a za stację benzynową na wzógrzu znaleźliśmy małą polankę. Wczesnym rankiem zebraliśmy się, poskładaliśmy namiot i zeszliśmy do miasteczka. Wszystko było jeszcze pozamykane jak na tak wczesną porę przystało a więc ruszyliśmy w dół rzeki w kierunku Karlovych Varów – uzdrowiskowej stolicy Czech. Widać było już koniec sezonu, bo wszystkie atrakcje turystyczne jak wypożyczalnia kajaków, czy pole namiotowe były juz pozamykane na cztery spusty. Około 2 km za miastem przechodzi się obok dawnych kopalni metalu, w których chodnik miał wysokość około 50cm. Po drodze mija się grupę skał zwaną „Goście weselni” Jak się okazało jest to jedyna atrakcja na długiej drodze do Karlovych.

Panoramę miasta festiwali filmowych można podziwiać z wieży widokowej która znajduje się tuż obok górnej stacji kolejki szynowej (takiej jak u nas na Gubałówkę). Niestety niepewna od początku dnia pogoda ostatecznie zdecydowała, że będzie tego dnia deszczowa. Tak więc miasto oglądnęliśmy spod kapturów kurtek przeciwdeszczowych. Tutaj atmosfera nie przypomina sennych Lazni, gwar rozmów prowadzonych w wielu językach da się słyszeć na każdym kroku. Przez co i ceny są tu wyższe niż standardowe. Karlove Vary są najbardziej znanym uzdrowiskiem czeskim, ale też miastem do którego przybywają najznamienitsi aktorzy filmowi z całego świata. Tutejsze źródła mają ciekawą właściwość, ich temperatura sięga 70 st. C i w tak zimny dzień wszędzie pełno było unoszącej się pary. Stąd nazwa miasta – Gorące Źródła Karola :). Jednak nie tylko te gorące źródła potrafią rozgrzewać w Karlovych - pochodzi stamtąd też znany likier Becherovka. Karlove Vary posiadają kilka dworców, nam udało się odnaleźć ten właściwy i niestety spóźniliśmy się 10 minut na pociąg do Decina. Rozpadało się na dobre gdy wyruszaliśmy kolejnym pociągiem na północ.

Na miejsce dotarliśmy już po zmroku i szukaliśmy noclegu. Nie było to łatwe, ale ostatecznie znaleźliśmy świetny, wręcz luksusowy akademik zaraz obok zamku Decinskiego. Cena za nocleg to jedyne 250Kc a na wyposażeniu ma się nawet kuchenkę mikrofalową. Noc spędzona w wygodnych i ciepłych łóżkach dodała nam sił i ochoty do dalszego zwiedzania. Kolejnym etapem miało być obejrzenie Czeskiej Szwajcarii oraz głównej jej atrakcji – Bramy Prawcickiej. W celu udania się tam pojechaliśmy pociągiem do Czeskiej Kamienicy, gdzie zjedliśmy obiad (polecamy knajpę przy dworcu – dużo jedzenia, tanio i czeski klimat). Stołuje się w niej nawet tamtejsza policja, więc musi to świadczyć o porządności jedzenia. Samo miasteczko również urzeka spokojną wręcz senną atmosferą, kolorowymi kamieniczkami i historycznymi zaułkami. Po sytym obiedzie wyruszyliśmy na niebieski szlak przez Jehle(478 m. n.p.m.), Studenec(736 m. n.p.m.) do Jetrzichowic. Po drodze przechodzi się obok skalnego ołtarza a przy samym Studencu można zboczyć ze szlaku i obejrzeć Zlaty Vrch – geologiczną ciekawostkę. Podobna do organów formacja skalna powstała z szybko stygnącej w wodzie lawy - podobna do "drogi olbrzymów" w Irlandii. Skała uformowała się w graniastosłupy i kruszy się od dołu dając niesamowity efekt. Na polach miedzy tymi dwoma wzgórzami w 1757 rok wojska pruskie i austriackie stoczyły bitwę co upamiętnia niewielki pomnik.

Następnie szlak prowadził obok szczytu Studenca na który oczywiście nie omieszkaliśmy wejść. Znajduje się tam stalowa wieża widokowa a własciwie ruina tejże wieży nie wyglądająca zachęcająco aby się na nią wspinać. Na szczycie znajdowało się dawniej schronisko górskie zakładane jeszcze przez niemców, ale teraz można dostrzec jedynie fundamenty. Zejście ze Studenca było bardzo długie i bardzo strome i cieszylismy się, żę jednak taki kierunek wycieczki obraliśmy. Kolejny etap prowadził przez wąwóz rzeczki Chribska Kamenice. Tutaj woda niewielkiego strumyka wyrzeźbiła miękkie piaskowcowe skały. Coraz to przechodzi się przez niewielkie mostki z jednego piaszczystego brzegu strumienia na drugi. Gdy dotarliśmy do Jetrichovic okazało się, że pole biwakowe jest już zamknięte w tym sezonie i pan w barze gdzie jest recepcja nie wykazał zadnej chęci czynienia odstępstwa od tej decyzji. Musieliśmy więc rozbić namiot za wsią w niewielkim zagajniku. Noc była dżdżysta i chłodna. Następny dzień rozpoczął się mgliście, pochmurno i z przelotnymi opadami. Ruszyliśmy więc opatuleni w kurtki na szlak prowadzący przez najciekawsze zakątki Czeskiej Szwajcarii. Przez ścieżkę wysypaną piaskiem z wietrzejących skał weszliśmy na Maryjna Skałę gdzie znajduje się dogodna do nocowania chatka. Roztaczał się stamtąd widok, niestety przykrytych mgłą łąk, lasów i skał. Jak twierdziła Monika „Mickiewicz lub Słowacki by oszaleli na ten widok”, ale jak wiadomo oni wielkimi poetami byli a mi bardziej podobałoby się gdyby było widać więcej - no i fotki by były okazalsze:)

Następnie szlak prowadził leśnymi ścieżkami obok skalnych ścian z fantazyjną rzeźbą jaką wykonał wiatr. Wszystko wygląda jakby sąsiad Miauczyńskiego szalał z kolegami – po prostu dziura na dziurze. W takim otoczeniu doszliśmy do dawnego zbójeckiego zamku Saunstein. Zamek Šaunštejn zbudowano w celu ochrony szlaku handlowego,według archeologów zamek prawdopodobnie istniał już pod koniec w XIII wieku, na podstawie znalezionego zapisu średniowiecznego mieszczanina Mikuláše z Česká Kamenice, powstanie zamku datowane jest na koniec XIV wieku. Pierwsza pisemna wzmianka o zamku pochodzi z 1413 roku. Podczas wielu wojen zamek przechodzil z rąk do rąk i był równocześnie ograbiany. Ostatnie zapiski dotyczące zamku udokumentowane są kamenickiej w księdze miejskiej w 1490 roku. Na początku XVI wieku zamek został całkowicie zniszczony.
Z zamkowej zabudowy nie zachowało się prawie nic. Po zamku pozostały tylko ślady jak:wykute w skale schody i otwory do mocowania belek nośnych podtrzymujących zabudowania zamkowe, oraz poziome płaszczyzny, na których niegdyś stały zamkowe obiekty. Obiekty zamku usytuowane były na szczytach piaskowcowych skał w kształcie wieżyc, droga na górny poziom zamku prowadziła szczelinami między skałami. Na górnym poziomie zamku znajduje się wydrążona w skale na planie okręgu studnia zwana cysterą, która służyła jako zbiornik wody gromadząc wodę opadową.
Zaraz obok zamku znajduje się Mała Brama Prawcicka. Podążając dalej czerwonym szlakiem dochodzi się do Mezi Louki. Stąd do Bramy już tylko kilka kilometrów. Wypiliśmy piwko w knajpie ku wzmocnieniu i ruszyliśmy dalej. Tutejsze skalne ściany pod którymi prowadzi szlak rosną do wysokości około 100m i robią naprawdę niesamowite wrażenie. Ścieżka wije się ukazując między drzewami coraz to dziwniejsze skalne formacje, natomiast rzeźba zachęca do wspinania, jednak skała jest zbyt miękka i krucha na to. Wreszcie dotarliśmy do Bramy – największego naturalnego łuku skalnego w Europie. Trzeba przyznać, że siła przyrody robi wrażenie.
Brama Pravcicka - największa naturalna skalna brama w Europie. Wysokość dochodzi do 16m a szerokość u podstawy 26m.Powstała na skutek wietrzenia miękkszej skały pochodzącej z okresu kredy. Znana jest od bardzo dawna a jej sława przyciągała wielu ludzi jak chociażby Hansa Christiana Andersena. Wejście pod sam łuk oraz na pobliskie skałki jest niestety płatne i kosztuje 150Kc, no ale komercja wdziera się wszędzie. Na terenie bramy spędziliśmy okołogodziny podziwiając skalne formacje najprzeróżniejszych kształtów.

Zeszliśmy stamtąd cichym wąwozem z fantazyjnie porozrzucanymi „kamyczkami” przeważnie wielkości ciężarówki. Doszliśmy do przystanku i poczekaliśmy na autobus do Decina. Około 18 byliśmy już na miejscu, poszliśmy więc do znanego nam już akademika i odpoczęliśmy po trudach wędrowania. Jednak nie ma to jak gorący prysznic i miękkie łózeczko:) Następnego dnia rano pojechaliśmy do Pragi, tam zmieniliśmy plany - bo mieliśmy wracać już do Polski. Zakupiliśmy w księgarni odpowiednią mapę z wydawnictwa GeoClub, zjedliśmy obiad w knajpie na Żiżkovie, która to miała być perełką czeskiego klimatu knajpianego(z jakieś strony www ściągniętą), a okazała się małym niewypałem. Nie można jednak odmówić, że jedzenie było zacne. Połaziliśmy troszkę po mieście - Monika zwiedzała księgarnie aby zakupić sobie coś z czeskiej literatury, odwiedziliśmy Most Karola - zatłoszony jak zwykle. Pod Orloya nie ma co nawet zaglądać - takie tłumy:) Dostaliśmy się na dworzec i wsiedliśmy do pociągu. Podróż zajęła nam czas do wieczora i dopiero po zmroku rozbiliśmy namiot na jakims pastwisku pod Teplicami nad Metui. W nocy było już naprawdę zimno, a poranek był tak mglisty, że nic kompletnie nie było widać. Jedyna atrakcją były przejeżdżające parę razy w nocy pociagi, które niemiłosiernie trąbiły przed przejazdem kolejowym - nie wyspaliśmy się:) Wróciliśmy na stację, wypiliśmy coś ciepłego z automatu, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy do Adrspachu, kolejnego skalnego rezerwatu. Szlaków jest tam mnóstwo a my wybraliśmy sobie kombinację kilku ich kolorów. Tutaj skały tworzą tak zwane skalne miasta, bo przejścia między nimi są wąskie jak ulice a nawet tworzą labirynty skalne. O zagubieniu się nie ma mowy, bo wszędzie prowadzi szlak z którego nawet ciężko zejść. Skały Adrszpasko-Cieplickie (czes. Adršpašsko-Teplické skály lub Adršpašskoteplické skály) - masyw górski w Sudetach Środkowych, w Czechach, będący fragmentem Gór Stołowych, w pobliżu miasteczka Cieplice nad Metują (czes. Teplice nad Metují) oraz wsi Adrszpach (czes. Adršpach). Masyw zbudowany jest z górnokredowych piaskowców. Cały teren masywu leży w granicach rezerwatu przyrody o nazwie "Národní přírodní rezervace Adršpašskoteplické skály". Tereny te stanowią znaną atrakcję turystyczną. Miasta skalne znajdujące się w masywie są jednym z najbardziej znanych piaskowcowych terenów wspinaczkowych na świecie.
Najwyższym wzniesieniem Adrszpasko-teplickich Skał jest Čáp (786 m n.p.m.), znajdujący się w ich południowej części.
Udało nam się wejść za darmo, bo byliśmy pierwszymi turystami a w ogóle wyglądało to, że sezon się tam skończył. Skalne formy są opisane i nazwane – są tam sowy, kochankowie, czy fala tsunami. Można też przepłynąć się łódką po jeziorku wśród skał z czego jednak nie skorzystaliśmy, a wycieczka naszych rodaków jak najbardziej. Tutaj skalne turnie były i są zdobywane przez śmiałków wspinaczkowego szaleństwa. Już same odległości między przelotami powodują gęsią skórkę a wysokość skał zapiera dech... Niestetyt jak na złość nikogo wspinającego się przez cały wyjad nie spotkaliśmy. Przy skale Kochankowie(Milenci) znajduje się kapliczka poświęcona wspinaczom Czeskim którzy zginęli tu jak również w górach. Szlak zaprowadził nas do miejscowości Dolny Adrspach i koleją przejechaliśmy z powrotem po nasze plecaki w Teplicach i dalej do Hradec Kralove. Był to już ostatni punkt naszej wycieczki. Na dworcu była wystawa modeli kolejek - w Krakowie była fajniejsza, ale Czesi też są nieźle zakręceni na punkcie kolejnictwa :) Stare miasto i trójkątny rynek główny (Velke Namesti) oddalone są około kilometra od dworca, ale łatwo tam trafić. Pokręciliśmy się po uliczkach wokół rynku w poszukiwaniu jakiejś fajnej knajpy i w końcu zaleźliśmy na ulicy Szpitalnej klasyczną czeską gospodę. Jedzenie wyśmienite, niedrogie, piwo w normalnych cenach i klimat zupełnie swojski a nie nadęty jak w innych:) Zamówiliśmy sobie po naprawdę pokaźnym daniu (moje było podane na drewnianej desce:) i do tego po porcji pieczonych w mundurkach ziemniaków - palce lizać. Wyszliśmy stamtąd dopiero po zmroku i dwóch piwach. Po takim obiedzie ciężko było dojść na dworzec, ale w końcu dotarliśmy i wróciliśmy z powrotem do Krakowa, z godzinnym postojem na granicy.