Góry Rodniańskie

Każdy długi weekend majowy czy to faktycznie długi czy też sztucznie przedłużany, trzeba porządnie wykorzystać. Najlepiej zrobić to jadąc w góry oczywiście. Tak tez postanowiliśmy z bratem uczynić i aby było ciekawiej pojechać w góry Rumuńskie.
Zakupiliśmy mapę Gór Rodniańskich zwanych potocznie Alpami Rodniańskimi ze względu na to iż są najwyższymi szczytami Karpat Wschodnich, sprawdziliśmy pociągi na Internecie (jak się później okazało niedokładnie) i wyruszyliśmy z 70$ w kieszeniach.


Pierwszym celem było przedostanie się przez granicę Polsko - Ukraińską. Wybraliśmy się bardzo wcześnie i busikiem przejechaliśmy do Medyki. Przeprawa okazała się nadzwyczaj szybka, musieliśmy tylko wypełnić te ich dziwne vizopodobne karteczki wpisując tranzyt do Siret. Za granicą wymiana części dolarów na chrywny, wsiedliśmy w busa do Lwowa i pojechaliśmy. Przed 11tą byliśmy już pod dworcem kolejowym. Niestety pociąg jechał dopiero o 21, więc mieliśmy cały dzień na zwiedzanie pięknego Lwowa :)
Przeszliśmy niemal całe miasto wchodząc na kopiec Unii Lubelskiej, łażąc po zakamarkach i głównych ulicach... Przed 19tą zrobiliśmy zakupy w supermarkecie na wprost dworca a wcześniej kupiliśmy daktyle i orzechy ziemne, wędliny i sery wędzone na głównym targu. Tak wyekwipowani mogliśmy wyruszyć w drogę.


W oczekiwaniu na pociąg wypiliśmy sobie na dworcu smaczne Lwowskie piwo - nie filtrowane, nie pasteryzowane i pyszne. Niby jesteśmy bardziej cywilizowani od nich a jednak u nas piwka na dworcu sobie nie można kulturalnie wypić ehhh...
Podróż miała się odbywać wagonami klasy "obszczyj", czyli bezprzedziałowymi z miejscami do leżenia. Wszystko byłoby fajnie i spędzilibyśmy sobie spokojną noc wysypiając się przed dalszą podróżą, ale niestety w Kołomyji odbywał się festiwal rockowy i pociąg był zapełniony po brzegi rockendrollowcami. Ze dwie godziny spędziliśmy rozmawiając z dwiema Ukrainkami łamanym polskim i rosyjskim, co nas tak wymęczyło że położyliśmy się spać na twardych miejscach bagażowych pod sufitem. W ten sposób dotrwaliśmy do rana, zjedliśmy śniadanie przed Czerniowcami i trochę słabo wypoczęci wysiedliśmy na dworcu. Na szczęście Radek już po raz drugi jechał tą trasą i wiedział co należy robić aby dostać się do Rumunii. Najpierw wsiedliśmy w trolejbus nr 5 bodajże i dojechaliśmy kilka przystanków do dworca autobusowego. Tam od razu szukaliśmy busów, bo jeżdżą one do Suczawy wożąc handlarzy. Przeważnie cena przejazdu dla turystów wynosi 10$ ale nam udało się przejechać za 8$. Musieliśmy czekać wprawdzie godzinę na odjazd, ale i tak nam się nigdzie nie spieszyło. Miejsce w busie zagospodarowane było optymalnie, jechaliśmy my z plecakami, 3 handlarki z tobołami swoimi oraz jakiś koleś bez większego bagażu. W połowie drogi do granicy okazało się że mamy zabrać jeszcze jakiś pasażerów. Co dziwne kierowca mówił, że maja to być czterej rowerzyści i to z Polski. Po chwili czekania przyjechali innym busem, faktycznie czterej ale z Kijowa :). O dziwo udało im się zapakować rowery do busa, jak również wsiąść do niego! Szybko minęliśmy granicę, rowerzyści ze swoimi maszynami wysiedli a my pojechaliśmy do Suczawy. Na parkingu gdzie zatrzymują się te busiki wymieniliśmy kolejne 50$ na leje. Pokręciliśmy się po mieście i autobusem linii 2 pojechaliśmy na dworzec. Tam okazało się że nie do końca dobrze sprawdziliśmy pociągi, gdyż wcześniej od accelerata mieliśmy zwykłego personala - niestety z innego dworca. Pociągi osobowe odjeżdżają z dworca Suceava Nord i takie połączenia trzeba sprawdzać w sieci. Pociąg niespiesznie wjechał w górzysty teren i wszędzie po drodze widać było remonty ulic nad potokami górskimi. Pogoda psuła się coraz bardziej i co chwilę siąpił deszcz a w wyższych partiach gór widać było śnieg.
Około 20 wysiedliśmy na dworcu w Lunca Ilvei. Stąd chcieliśmy przejść przez góry do Sant gdzie zaczynał się szlak znaczony niebieskimi krzyżykami. Po przejściu całej miejscowości główną drogą na zachód skręciliśmy w prawo w błotnista drogę. Coraz bardziej się ściemniało Pierwszy nocleg wypadł nam na strychu opuszczonej chaty w miękkim sianku. Następnego dnia ruszyliśmy przez pastwiska kierując się na przełęcz. W okresie letnim ta droga jest zapewne nie do przejścia, gdyż odbywa się tu wypas owiec. Po zjedzeniu śniadania w lesie doszliśmy do Sant. Tam odnaleźliśmy szlak i ruszyliśmy nim w górę. Podejście było niezłe i dało mi w kość. W końcu minęliśmy schronisko Corbu i wyciąg narciarski i zostaliśmy sam na sam z górami. Szlak prowadził grzbietem górskim i nie sposób było się zgubić. Się zgubić było trudno, ale mi udało się zgubić butelkę z wodą. W ten sposób zostaliśmy bez wody, bo butelkę Radka opróżniliśmy w czasie podejścia. Po pewnym czasie pojawiły się wystające spod ziemi skałki i mogliśmy oglądać coraz szersze panoramy, jako że cały grzbiet jest nie zalesiony. Widoki były naprawdę piękne, ale i trochę zatrważające, gdyż zewsząd napierały na nas chmury, ale odganialiśmy je myślami. Wreszcie po 15tej osiągnęliśmy szczyt Rosu, ale pogoda pokazała że zepsuje się na dobre. Szybko przeszliśmy skalistą grań pokrytą śniegiem i przez Ineut zeszliśmy do przełęczy Ineutului. Praktycznie od zejścia z Ineut padał śnieg, ale na przełęczy sypało już całkiem miarowo. Dla dodania sobie otuchy stwierdziliśmy że to lepsze niż deszcz, ale byliśmy bez wody a niestety wstyd się przyznać nie zabraliśmy palnika. Jedynym źródłem opału na jakie liczyliśmy było drewno - jakieś 500m poniżej nas. Cóż, takie życie - trzeba schodzić. Po około godzinie dotarliśmy do jeziorka które niestety było przykryte lodem... Schodzimy dalej. Zaczął zapadać zmrok i stwierdziliśmy czytając mapę, ze skoro nastąpiło takie załamanie pogody, to musimy zrezygnować gdyż nie przygotowaliśmy sobie palnika na takie warunki. Znaleźliśmy na mapie jakąś chatę-szałas nad strumieniem który był w stanie ciekłym. Przed zapadnięciem ciemności dotarliśmy do niej - okazała się chatą bez połowy ścian i dziurawym dachem, ale dawała możliwość rozpalenia ognia w środku i rozstawienia namiotu, co tez uczyniliśmy. Chrupki szponderek z ogniska dodał nam otuchy i poszliśmy spać. W tych warunkach spędziliśmy noc a było zimno, oj zimno gdyż woda w butelce krystalizowała się mimo iż była w namiocie. Świetnie spisał się mój nowy nabytek - puchowy śpiwór, bo wyspałem się znakomicie. Jak się dowiedzieliśmy po powrocie, w Polsce również było zimno a nawet były przymrozki.
Rano cały tropik od środka pokrywała warstwa szronu, ale niebo miało przy tym kolor niebieski. Ani jedna chmurka nie kalała tego lazuru. Chcąc nie chcąc - szkoda było uciekać z tych pięknych gór. Postanowiliśmy wrócić na przełęcz i kontynuować marsz. Po około 1,5h od wyruszenia dotarliśmy z powrotem na przełęcz, gdzie trzasnęliśmy mnóstwo fotek. Słońce przygrzewało mocno i mimo przymrozku można było iść w podkoszulku. Następnie wspięliśmy się na grzbiet prowadzący na szczyt Ineu(2279m). Zostawiliśmy plecaki i weszliśmy na sam szczyt. Po powrocie kontynuowaliśmy przejście granią przez kilka przełęczy i pomniejszych szczytów. Na szczęście nie było tu wielkich przewyższeń, wiec szło się szybko po zmrożonym śniegu który się nie zapadał pod nogami. Gdzieś w okolicy szczytu Cisa postanowiliśmy, ze takie schodzenie do drewna i wchodzenie z powrotem nie ma większego sensu i że trzeba się poddać i przyjechać innym razem. Dlatego po wejściu na Omului odbiliśmy na schodzący ku południu grzbiet i zeszliśmy na łąki pełne krokusów. Aby jak najmniej drogi zostawić sobie na dzień następny zeszliśmy aż do płynącego u podnóży Corongisu potoku Lazilor. Tam spędziliśmy kolejną zimną noc i następnego dnia ruszyliśmy w dół potoku do Rodnej. Droga była już nudna i człapaliśmy noga za nogą tylko po to żeby wreszcie wsiąść w jakiś pociąg i wracać. Szczęśliwie trafiliśmy na jakiegoś nauczyciela biologii, który potrafił dogadać się z nami w mieszaninie angielskiego i rosyjskiego i powiedział nam, że mamy za niedługo pociąg do Ilva Mica, skąd jeżdżą już pociągi do Suceavy. Radek dogadał się z nim o jakimś Rumuńskim piłkarzu który grał w Wiśle i gość był bardzo zadowolony, że go znamy (swoją drogą w Grecji też najczęściej kojarzyli nazwiska polskich piłkarzy grających u nich). Konduktor z mrugnięciem oka "sprzedał nam bilet" po 1 lei i tak pojechaliśmy.
W Ilva Mica spędziliśmy prawie 2h czekając na accelerata, który wcale szybciej od personali nie jeździ a droższy jest dwukrotnie. W Suceavie byliśmy już po 20tej i był problem z wymianą reszty lei na dolary (aby móc je później wymienić na ukraińskie chrywny). W końcu znaleźliśmy nie bez problemów transport do Czerniowiec. Wiózł nas 20to letnim mercedesem kombi koleś który niewiele widział nie tylko z powodu ciemności ale też musiały mu przeszkadzać denka od butelek które miał na nosie:) Szczęśliwie znał drogę na pamięć i pędząc jak szalony przez Rumuńską noc dowiózł nas do granicy. Z odpowiednim "smarowaniem" przekroczyliśmy ją sprawnie, a zaraz za granicą kolejne "smarowanie" patrolu drogowego pozwoliło nam jechać bez przeszkód do Czerniowiec. Przeszliśmy nocne miasto, które wbrew moim obawom było całkiem spokojne i resztę nocy spędziliśmy w dworcowej poczekalni. Nad ranem wsiedliśmy w pociąg i wróciliśmy do Lwowa. Stąd już szybko do Mościsk busikiem, zakupy - zestaw standardowy :) No i oczywiście granica, nie mogło być za fajnie i na koniec mieliśmy niezłe czekanie. Skorzystaliśmy z oferty naganiaczy ukraińskich żeby za 20zł przejechać autem przez granicę, bo ponoć jest szybciej. Niestety straciliśmy po 20zł i po 4h :D
Ostatecznie gość z którym jechaliśmy podwiózł nas pod sam dom praktycznie, bo jechał na Dybawkę i tak zakończyliśmy naszą krótką wycieczkę do Rumunii. Ale my tam jeszcze wrócimy bogatsi o te doświadczenia.