Grecja - eskapada po antycznych zakątkach.

Plan wycieczki do Hellady pojawił się zimą 2006 roku, była ona wystarczająco mroźna i ciężka aby snuć plany o ciepłych krajach. Postanowiliśmy z Jaglakami – czyli Ela i Damianem, że wybierzemy się właśnie do Grecji. Oczywiście nie chodziło o wyjazd do hotelu, ale podróżowanie po kraju i zwiedzanie. Ułożyliśmy wspólnie plan, a ostateczne jego zrealizowanie miało zależeć od tego jak nam się będzie układać.

Ela skombinowała tani transport autokarem na doczepkę do pierwszego turnusu turystów jadących na Riwierę Olimpijską. Niestety nie udało się podróżować jednym autokarem, więc jechaliśmy w odstępach kilku godzin.

Wyjechaliśmy z Krakowa bladym świtem deszczowego dnia 29 kwietnia 2006 roku. Oczywiście biegiem dostaliśmy się na plac Matejki skąd mieliśmy odjazd autokaru. Wyjechaliśmy z Krakowa, Polska aż do granic żegnała nas siąpiącym deszczem, dopiero na Słowacji po przekroczeniu granicy w Chyżnem deszcz ustał, a na pierwszym postoju wyjrzało nawet słońce. Za oknami autokaru ciągle przesuwał się przedwiosenny krajobraz, ledwie zieleniąca się trawa, bezlistne drzewa. Autokar szybko pokonywał kolejne kilometry trasy a my mieliśmy na wszystko wgląd, bo przypadły nam miejsca zaraz za kierowcą. Z początku za oknami mieliśmy góry przejeżdżaliśmy przez Orawę, następnie droga wiodła przez Wielką Fatrę i Niskie Tatry. Góry przeszły w pagórki, a pagórki w równiny i tak dotarliśmy na Węgry. Wzdłuż Dunaju dojechaliśmy do Budapesztu i dalej do Serbii. Krajobraz przesuwał się monotonnie za oknami, miejscami wielka równina nieokraszona niczym charakterystycznym, niczym w ogóle. Wszędzie tylko pola i pola – zastanawiające tylko kto to wszystko uprawia, bo rolników nie było widać wcale. Droga którą jechaliśmy (autostrada, bądź ekspresowa) wcale na taki standard nie wyglądała ale pozwala się pokonać szybko i bezboleśnie. Późnym popołudniem mieliśmy postój w zajeździe pośrodku tego niczego... Wiatr dął niemiłosiernie, trzeba było szybko przedostać się z parkingu do budynku. Wokoło nie było nic, nawet stacja benzynowa była w budowie, lub rozbiórce – ciężko określić. W środku wprawdzie nie wiało, ale gwizd wiatru w zakamarkach budynku był taki, że aż ciarki przechodziły po plecach. Sceneria wprost wymarzona do nakręcenia horroru – zwłaszcza jeśli dodali byśmy śnieg, lśniącą siekierę i odpowiednio wyglądającego szaleńca :>

Posililiśmy się w restauracji zmuszeni do wymienienia euro na dinary i przed zapadnięciem ciemności wyruszyliśmy w dalszą drogę (i dobrze, bo nie mam pewności w co zmieniała się obsługa po zachodzie słońca).

Dalsza droga miała prowadzić przez Bułgarię, ale kierowcy zdecydowali się jechać przez Macedonię. Nocna cześć podróży przebiegła przez kraj Aleksandra Wielkiego z małym postojem przy patrolu policji, który kierowcy okupili kilkoma euarsami. Nad ranem znaleźliśmy się pod granicą Macedońsko-Grecką. Po jej przekroczeniu znowu „wróciliśmy” do Europy, krótki postój na rozprostowanie nóg i ruszyliśmy w dalszą drogę do celu naszej wycieczki – Paralii. Wycieraczki zgarniały wodę zalewającą szybę, chmury wisiały nisko i trochę nam to popsuło nastroje. Jak czytałem przed wyjazdem średnia opadów w maju to 10 dni. Przy odrobinie pecha widzielibyśmy słońce tylko przez 3 dni wyjazdu, ale na szczęście to tylko statystyka.

Wschodnia Tesalia

Około 9tej stanęliśmy na Helleńskiej ziemi - kraju bohaterów, mitycznych potworów i bogów antycznych. Pociągiem z Katerini dostaliśmy się do Leptokarii, bo tam miała dojechać druga część naszej ekipy. Spotkaliśmy się z nimi na dworcu i od razu zrobiło się raźniej.

Pokręciliśmy się trochę po mieścinie, po plaży i patrzyliśmy tylko w chmury za którymi skrywał się masyw Olimpu siedziba bogów - teraz już opustoszała i nie tak tajemnicza jak kilka tysięcy lat temu.

Tak kiepska pogoda skłoniła nas do diametralnej zmiany trasy wycieczki. Zamiast podróżować w kierunku zachodnim postanowiliśmy na początek pojechać do Aten, jako że w mieście deszczowa pogoda jest mniej uciążliwa niż gdzieś w terenie.

Ateny

Po całonocnej podróży bezprzedziałowymi wagonami w zatłoczonym pociągu dotarliśmy na dworzec główny Aten. No i trzeba to powiedzieć, rewelacyjnie nie jest... Grecja nie jest na pewno potęgą kolejową zapewne z powodu trudnych warunków terenowych.

Zaczęliśmy od śniadania na dworcowej ławce i obserwując przejeżdżające z rzadka pociągi. Następnie udaliśmy się zwiedzać miasto. Zostawiliśmy plecaki w przechowalni i udaliśmy się na Akropol. Był 1 maja i na ulicach pojawiły się marsze pierwszomajowe... Niestety mieliśmy pecha z powodu tego święta, bo okazało się że tego dnia nie dostaniemy się na Akropol. Obeszliśmy go więc dookoła, przechodząc wąskimi i pełnymi kwiatów i zieleni uliczkami. Jakże to wszystko było inne w porównaniu z zostawioną niemal 2000km szarą i zimną Polską. Zawędrowaliśmy na stadion olimpijski na którym odbyły się pierwsze nowożytne igrzyska. Niebo stawało się coraz mniej zachmurzone i chwilami zza chmur wyglądało nawet słońce. Tak spędziliśmy nasz pierwszy dzień w Grecji. Wieczornym pociągiem udaliśmy się na plażę w Nea Peramos. W ciemnościach znaleźliśmy miejsce do spania na jakiejś niedokończonej budowie. Na szczęście noc była bezdeszczowa i w miarę ciepła, tak że nie wymarzliśmy się bardzo. We wtorek po raz pierwszy spróbowaliśmy sił w łapaniu stopa. Najpierw chcieliśmy szukać szczęścia na drugorzędnej drodze prowadzącej w kierunku Koryntu, ale okazało się to złym pomysłem. Dużo lepiej poszło nam przy wjeździe na autostradę. Podzieliliśmy się na pary i dotarliśmy do Kanału Korynckiego i wkroczyliśmy na półwysep Peloponez.

Korynt i Epidauros

Kolejnym stopem dotarliśmy na dworzec w Koryncie dawnym królestwie Syzyfa i spotkaliśmy się z Jaglakami. I tutaj mieliśmy ciekawą przygodę. Podszedł do nas chudy grek i zaczął namawiać nas abyśmy pojechali z nim do jego znajomej Polski która pracuje w barze w Koryncie. Po chwili namowy zgodziliśmy się i pojechaliśmy tam. W uliczce handlowej faktycznie znajdował się bar prowadzony przez Polkę, która w Grecji mieszka już wiele lat. Nowy znajomy okazał się hojny dla nas i postawił nam obiad, chciał zabrać na dyskotekę i w ogóle zapewniał nam rozrywkę na najbliższy tydzień. Chcieliśmy zobaczyć starożytny Korynt, który znajduje się parę kilometrów od miasta gdyż w przeszłości była inna linia brzegowa. Podwiózł nas tam wcale się nie przejmując kilkoma piwami które wypił. Dopiero na górze udało nam się go przekonać, że chcemy jechać i zwiedzać. Na pamiątkę dziewczyny zrobiły sobie z nim zdjęcie pod obeliskiem z wyrytym tekstem 13tego rozdziału listu do Koryntian św. Pawła. Oczywiście spóźniliśmy się aby wejść na wykopaliska, ale przechodząc obok knajpy zostaliśmy „napadnięci” przez kolejnego Greka – właściciela. Kazał nam zostawić plecaki abyśmy mogli spokojnie pochodzić sobie po wiosce, gdy wróciliśmy była już kelnerka która u niego pracowała, jak się okazało też Polka :) Porozmawialiśmy trochę o Grekach, o tym jacy są, jak się tam żyje i ruszyliśmy szukać miejsca na nocleg. Tym razem chcieliśmy rozstawić namioty, więc wyszliśmy za miasto i już po ciemku weszliśmy do jakiegoś gaju, w którym niemiłosiernie pachniało. Jak się rano okazało spaliśmy w otoczeniu drzew pomarańczowych z pięknymi dojrzałymi owocami. Kolejnym punktem miało być zobaczenie twierdzy położonej na szczycie Akrokoryntu (575m n.p.m.). Twierdza powstała na miejscu starożytnej świątyni Afrodyty która była miejscem sakralnej prostytucji. Później przechodziła z rąk Greków przez Rzymian, Normandzkich rycerzy krzyżowych do Tureckich, została potężną i monumentalną ruiną. Zostawiliśmy plecaki w krzakach i poszliśmy na górę. Roztacza się stamtąd piękny widok na zatokę Koryncką i nizinne tereny nad morzem.

Po zejściu na dół stanęliśmy znowu w poszukiwaniu stopa, dalej w głąb Peloponezu. Umówiliśmy się z Jaglakami na spotkanie w Mykenach i ruszyliśmy parami łapiąc stopa. Teren był mocno pofałdowany i bardziej dziki niż nad morzem. Podwiózł nas miły grek – inżynier budownictwa i opowiadał nam o okolicy. Wysiedliśmy nieopodal współczesnych Myken skąd do starożytnego miasta było jeszcze około 5km. Zdążyliśmy jeszcze wejść na teren wykopalisk i do muzeum (8 EUR) z wieloma skarbami odkrytymi przez Schliemanna. Po oglądnięciu wszystkiego udaliśmy się do tzw. „grobu Agamemnona”. Nieopodal udało nam się wyszukać w miarę przyjazny kawałek ziemi do rozbicia namiotów i tak spędziliśmy noc pod murami starożytnych Myken z widokiem na rozległa dolinę. Rankiem ruszyliśmy pieszo do Fichti i tam łapaliśmy stopa do Epidauros. Najpierw dotarliśmy do Argos a stamtąd do Nafplio i dalej podwiózł nas pickupem starszy grek, który znał tylko słowa Wacicha, Walesa oraz Jaruzelski, żałowaliśmy że nie możemy sobie z nim porozmawiać. Wspaniały amfiteatr starożytny (wejście 6 EUR) położony jest w jeszcze wspanialszej okolicy uzdrowiska jakim było kiedyś Epidauros. Znaleźć można tam pozostałości kultury greckiej jak i rzymskiej. Od północy dolinę osłaniają 1200metrowe wzgórza Arahneo. Sam amfiteatr odznacza się niesamowita akustyką wykorzystywaną do dnia dzisiejszego przez aktorów, my natomiast sprawdziliśmy, że prawdą jest iż dźwięk upadającej monety na kamienny dysk pośrodku sceny słychać nawet na najdalszych rzędach kamiennych ławek. Kolejnego stopa złapaliśmy z Ligurio i była to szaleńcza jazda po krętych wąskich drogach z Macedończykiem drwiącym przez cała drogę z policji i ograniczeń prędkości. Swoim mirafiori gnał 60km/h na zakrętach 90stopni. A szczycił się tym, że z Aten do Nafplio jechał godzinę (ponad 130km). Szczęśliwie w jednym kawałku dotarliśmy do Nafplio pierwszej stolicy Grecji po odzyskaniu niepodległości w XIX w. To piękne portowe miasteczko ma typowy śródziemnomorski klimat, nad miastem górują ruiny XVII w. twierdzy Palamidi a na wysepce u wejścia do portu znajduje się średniowieczny zamek Bourtzi.

Do wieczora chodziliśmy po miasteczku i po zrobieniu zakupów udaliśmy się na plażę Karathona określaną w przewodniku jako raj karawaningowców. Cała droga wiedzie nad brzegiem morza, a po lewej stronie piętrzy się klif o ciekawej rzeźbie z drogami wspinaczkowymi wśród krzaków opuncji. Faktycznie plaża jest urocza i zaciszna, a towarzystwo 4 wozów kempingowych zupełnie nie zakłócało nam odpoczynku. Wreszcie porządny sen przy kojącym szumie morza, na miękkiej trawie i pierwsza ciepła noc – przynajmniej ja nie zmarzłem. Następny dzień zaczęliśmy niespiesznie, poranna toaleta, szwędanie się po grubopiaskowej plaży, moczenie nóg w wodzie, a później spacerkiem z powrotem nad brzegiem morza do Nafplio. Słońce całkiem mocno już przygrzewało, kwiaty w pełni rozkwitłe pozwoliły zupełnie zapomnieć o szaro-burej polskiej rzeczywistości. Tego dnia postanowiliśmy znowu ruszyć stopem w głąb półwyspu a naszym celem była Karitena. Mała wioska położona na przełęczy w górach z wąskimi uliczkami, kamiennymi ścianami domów i czerwonymi dachówkami była bardzo malownicza.

Peloponez

Niestety okazało się że podróżowanie w głębi półwyspu już nie jest takie łatwe. Po długim czasie łapania stopa w Nafplio udało nam się podjechać na drugą stronę zatoki do Mili – miejsca gdzie Herakles ukręcił łeb hydrze, a stamtąd droga wiosła już w góry i nie była zbyt uczęszczana. Znowu napotkaliśmy polkę, tym razem już długo mieszkającą z mężem Grekiem w tych okolicach. Chciała nam zamawiać taksówkę ale postanowiliśmy próbować sił z tym stopem. W końcu się udało, dwóch śniadych kolesi w pickupie. Niby byli mili ale jednak... w połowie drogi w górach zatrzymał nas uzbrojony po zęby patrol policji greckiej. Po sprawdzeniu dokumentów powiedzieli nam że panowie którzy nas wiozą to „bad guys”. Nie wiemy czy mówili prawdę czy też nie, ale fakt faktem, że w Tripoli dokąd jechali i gdzie nas wysadzili już nie byli tacy mili jak na początku. Tak nas przywitała Arkadia. Postanowiliśmy dostać się do celu autobusem, bo emocji było już dość. Po znalezieniu dworca spędziliśmy tam kilka godzin i dojechaliśmy późną nocą do Megalopoli. Za miastem rozłożyliśmy namiot i poszliśmy szybko spać. Jaglaki w tym czasie spali już na miejscu, bo udało im się dotrzeć tam bez większych przygód. Była to na szczęście jedyna noc jaką spędziliśmy osobno. Wczesnym rankiem wstaliśmy i szybko zwinęliśmy mokry namiot, żeby jak najszybciej dostać się do Kariteny i Jaglaczków. Szczęście nam sprzyjało tym razem i dotarliśmy na samą górę bardzo szybko. W umówionym miejscu (czyli na rynku) o 9tej rano spotkaliśmy się wszyscy. Wypiliśmy kawę w przytulnej knajpce i ruszyliśmy zwiedzać dalsze zakątki greckiej ziemi a mianowicie wąwóz Lousios.

Najpierw musieliśmy zejść na dół drogą do kamiennego mostu a później ruszyliśmy w górę rzeki. Miejscami szliśmy nad samą rzeką a miejscami wychodziliśmy na wysokie brzegi gdyż nad samą rzeką iść się nie dało. Wżynała się głęboko i szumiała groźnie. Po południu zrobiliśmy sobie dłuższy postój połączony z porządną toaletą, gdyż woda okazała się całkiem przyjemna mimo górskiego charakteru rzeczki i wczesnej pory roku. Posileni solidnym obiadem ugotowanym na primusie ruszyliśmy dalej, tym razem oddalając się od rzeki jeszcze bardziej. Naszym celem były klasztory położone w najwęższym i najbardziej stromym miejscu wąwozu. Do pierwszego monastyru Prodromou dotarliśmy późnym popołudniem. Okazało się jednak, że nie można spędzić nocy w tych murach wbudowanych w skalną ścianę i zawieszonych nad przepaścią, więc musieliśmy ruszyć dalej. Na całe szczęście idąc ścieżką do kolejnego monastyru natrafiliśmy nad rzeką na zagrody dla kóz i koni które wałęsały się tutaj samopas. Jako że było to jedyne w miarę płaskie miejsce rozbiliśmy namioty.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od mozolnego podejścia wąską ścieżką na drugie zbocze wąwozu. Po około godzinie marszu dotarliśmy do ostatniego z grupy monastyrów do Nea Filosofou z XVII w. Stamtąd asfaltem a później szlakiem wiodącym przez plantacje oliwek ciągle wzdłuż wąwozu do Dimitsany – pięknie położonego na szczytach wzgórz miasteczka. Znajduje się tam muzeum elektrowni wodnych. Poszliśmy na obiad (polecamy sałatkę grecką – ogromne porcje!!!) i okazało się, że w tej knajpie pracuje młoda polka. Dziewczyna pracowała tam od 3 miesięcy i była dosyć zadowolona. Poszła z nami do sklepu aby kupić chleb, ale pieczywa już nie było. Udało jej się wynieść z knajpy trochę bułek, pomidorów i cebuli dla nas. Pokazała nam skąd odjeżdżają autobusy w kierunku Olimpii dokąd chcieliśmy się udać. Nie było to jednak tak łatwe jak sądziliśmy, gdyż autobus którym pojechaliśmy zawiózł nas tylko do Langadii, skąd miał odjeżdżać kolejny autobus do Olimpii – jednak nie tego dnia. Zmuszeni zostaliśmy do nocowania w tym miasteczku, chociaż trudno było znaleźć miejsce do obozowania a to z tego powodu, że praktycznie całe miasto położone jest na sztucznych tarasach na zboczu o kącie nachylenia do 40stopni ! Ostatecznie za pozwoleniem jakiegoś mieszkańca rozłożyliśmy namioty na tarasie przed niezamieszkałym domem. Kolejnego dnia wsiedliśmy w pierwszy autobus i się zaczęło – jazda po krętej drodze wąskiej na jeden pojazd i nad przepaścią przysporzyła nam nieco adrenaliny. Szczęśliwie dostaliśmy się do naszego celu – Olimpii. Na początek poszliśmy zwiedzać ruiny (9 EUR) „olimpijskiej wioski” – zachowane w miarę dobrym stanie gdyż przykryte były mułem naniesionym przez rzekę. Plecaki zostawiliśmy za budką biletową przy wejściu (zresztą tak jak w Mykenach) i NIKT ICH NIE UKRADŁ !!

Przemieszane ruiny budynków i świątyń z różnych okresów i różnych właścicieli, jednak pozwalają wyobrazić sobie ogrom i splendor tego miejsca w czasach jego świetności około IV w p.n.e. z jednym z cudów świata starożytnego posągiem Zeusa dłuta Fidiasza. Znajdowała się tam również pracownia Fidiasza skąd pochodzą kubki z jego podpisem które teraz znajdują się w muzeum. Jest ono również warte zobaczenia, gdyż pokazuje wspaniałe przedmioty wydobyte ze skarbców miast helleńskich. Wspaniałe tarcze, miecze i hełmy z brązu pozwalają mówić o „sztuce wojny” gdyż są tak misternie zrobione i zdobione mimo iż służyły do celów mniej wzniosłych chociaż wzniośle opisywanych w epopejach o bohaterach. Zwiedziliśmy jeszcze muzeum igrzysk olimpijskich z makietami przedstawiającymi rozbudowę Olimpii i poszliśmy na obiad. Posilenie chcieliśmy ruszyć w dalszą drogę autobusem lub stopem. Mieliśmy zamiar wypocząć nad morzem przez jeden dzień po trudach wędrówek. Z pomocą przyszedł nam taksówkarz który obiecał podwieźć nas na piękną plażę i to całkiem niedrogo. Przez całą drogę wypytywał się o liczby charakteryzujące Polskę – cenę benzyny, ilość ludności i jeszcze wiele, wiele innych... W Grecji za taksówkę płaci się od osoby !!

Wieczorem mieliśmy już swoje miejsce na piaszczystej wydmie nieopodal jeziora, gdzie można było się umyć jako że w słonej wodzie mydło się nie pieni :)

Cały kolejny dzień byczyliśmy się na plaży budzeni nad ranem patrolującymi wybrzeże odrzutowcami. Kolejnego dnia mieliśmy dojechać do Patras koleją, tylko że akurat kolejarze sobie zastrajkowali. Pojechaliśmy więc autobusem i z Patras łapaliśmy stopa do Diakofto. Jaglaki złapali jakiegoś Greka który nie spał od paru dni i przysypiał nad kierownicą, a my innego który popijał sobie piwko i uspokoił się dopiero jak zobaczył patrol na autostradzie :)

Noc spędziliśmy na zachód od miasta w gaju z dziwnymi owocami, ale za to słodkimi trochę podobnymi do mirabelek. Kolejną atrakcją była podróż koleją zębatą z Diakofto do Kalavrity. Była to niegdyś linia wykorzystywana do zwożenia urobku górniczego z głębi lądu nad morze. Dzisiaj tylko trasa turystyczna malowniczym wąwozem w wykutych w skalnych ścianach tunelach i pięknych kamiennych mostach. W oddali majaczyły szczyty przykryte czapą śniegu a i w samym miasteczku nie było już tak ciepło jak nad morzem, krótkie spodenki to była pochopna decyzja.

Po powrocie tą samą drogą do Diakofto, już normalnym pociągiem pojechaliśmy do Egio skąd promem przepłynęliśmy do Agh. Nikolaos i stamtąd autobusem do Delf.

Południowa Tesalia

Wymęczeni padliśmy szybko spać. Następny dzień rozpoczęliśmy zwiedzaniem ruin Delfickich (9 EUR), gdzie była słynna na cały świat starożytny wyrocznia, później muzeum i zaczęliśmy łapać stopa. Czekał nas spory kawał drogi do przebycia, bo kolejnym punktem miały być Meteory.

Mieliśmy szczęście i trafił nam się przestronny pickup który zabrał nasz wszystkich do Amfissy. To jednak niewielki kawałek drogi, ale i tu los się do nas uśmiechnął, gdyż trafiliśmy na gościa, który podwiózł naszą czwórkę do Larissy. Dzięki temu szybko przebyliśmy spory odcinek przez góry w których wydobywa się boksyty (rudę glinu), skąd ziemia ma taki właśnie rudy kolor. Z Larissy do Trikali pojechaliśmy autobusem przemierzając lekko pagórkowate a później górzyste tereny o skąpej roślinności. A z Trikali do Kalambaki pociągiem. I tak oto stanęliśmy pod niebotycznymi ścianami skalnymi na których zawieszone w powietrzu klasztory budzą podziw dla ich budowniczych. Zatrzymaliśmy się na kempingu Vrachos Kastraki gdzie już było trochę ludzi i wspinaczy. Podziwialiśmy wspaniałe formacje skalne w promieniach zachodzącego słońca a później zjedliśmy porządną kolację i skorzystaliśmy z prysznicy (achhh jakie to było wspaniałe uczucie). Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu klasztorów – weszliśmy do 3 z nich. Ceny biletów to około 2EURO. Sceneria jest naprawdę niesamowita i nie jest dziwne że tak wiele filmów rozgrywa się w tej okolicy (jak chociażby Bond „For Your Eyes Only”). Warto odwiedzić to miejsce planując wycieczkę po Grecji.

Kolejny nocleg wypadł nam u stóp tych niebotycznych skał i rano ruszylismy pociągiem do Kalambaki a później do Stavros gdzie przesiedliśmy się na pociąg Ateny – Saloniki i zakończylismy podróż w Leptokarii.

Wschodnia Tesalia

Zatoczyliśmy koło i powróciliśmy do punktu początkowego u podnóży Olimpu. Tym razem góry nie kryły się we mgle a jedynie wysokie chmury okrywały same wierzchołki. Ostatni nocleg okazał się bardzo ekstremalny, gdyż nie chciało nam się rozstawiać dwóch namiotów, więc spaliśmy we czwórkę w naszym Komodo+, jest to wykonalne jak się okazuje, aczkolwiek bardzo wygodne to, to nie jest.

Macedonia

Rankiem ruszyliśmy ze zmoczonym przez deszcz namiotem (to był 3 na 16 dzień z deszczem) na pociąg do Salonik. Cały dzień szwędaliśmy się po tym nowoczesnym mieście z poukrywanymi pozostałościami po dawnym wielokulturowym mieście, gdzie obok Greków żyli Turcy i Żydzi. Następny etap to nocna podróż pociągiem Saloniki – Sofia, skąd samolotem do Bratysławy i pociągiem oraz stopem do Krakowa. Przekraczając granicę Słowacko – Polską zostaliśmy przywitani deszczem i szarugą. Żarty się skończyły – zaczynają się schody i szara rzeczywistość. Jednak wspomnienia i fotografie zostają i chęć aby wyruszyć znowu w kolejną wyprawę.