Babia Góra - listopad 2005

W listopadzie 2005 roku wyruszyliśmy na górskie szlaki Beskidu Żywieckiego a dokładniej na przejście Pasma Babiogórskiego. Tomek przyjechał w czwartek wieczorem do Krakowa i nocował u nas a w piątek rano poszliśmy na busa Kraków-Jordanów. Chwila nerwów gdyż był to dzień świąteczny a do końca nie byliśmy pewni oznaczeń na rozkładzie jazdy, ale podjechał w końcu bus i zapakowaliśmy się do niego. Podróż trwała zadziwiająco krótko, nawet nie staliśmy w korku na Zakopiance co należałoby uznać za ogromny sukces! Wysiedliśmy z busa na rynku w Jordanowie około godziny 10. Wszędzie widać było przygotowania do uroczystości święta Niepodległości - chodzili jacyś harcerze ze sztandarami, uczniowie, kombatanci itd... My szybko zakupiliśmy prowiant na drogę czyli krupnik, łyknęliśmy z Tomkowej piersiówki miętowej wódki i poszliśmy czerwonym szlakiem w kierunku na Babią Górę. Po chwili opuściliśmy teren zabudowany i szliśmy łąkami wzdłuż potoku, żeby po jakiś 2 km przejść pod wiaduktem kolejowym linii Kraków-Zakopane. Stąd jeszcze kilometr do wsi Bystra gdzie akurat trafiliśmy na odpust. Czego tam nie było - od cukierków najprzeróżniejszych przez plastikowe karabiny do sztucznych ogni. No ale nie kupiliśmy nic tylko szliśmy dalej. Po wejściu w las zatrzymaliśmy się na szybkie śniadanie i łyczek miętówki :). Wędrując wzdłuż potoku Jaśkówka doszliśmy w końcu na górę Cupel (887m). Sesja fotograficzna której głównymi obiektami stały się huba i prześliczny bukowy las trwałą chwilę. Stąd mniej stromym podejściem ruszyliśmy dalej i po ok. kilometrze dotarliśmy do skrzyżowania ze szlakiem niebieskim, ale nie zbaczaliśmy z naszego czerwonego szlaku. Dalej droga wiodła przez szczyty Naroże(1063m), Urwanica(1108m) aż na Okrąglicę(1239m) gdzie znajduje się kapliczka i masz przekaźnika. Tutaj zrobiliśmy sobie postój na Hali Krupowej i zajadając się kanapkami z boczkiem podziwialiśmy zamgloną panoramę Tatr. Żałowaliśmy że powietrze nie było bardziej przejrzyste, ale na szczęście na wieczór trochę się przetarło i mogliśmy porobić kilka zdjęć. Po tym chwilowym odpoczynku ruszyliśmy dalej do przez Kucałową przełęcz schroniska na Hali Kucałowej. Już w Jordanowie Tomek dowiedział się dzwoniąc do schroniska, że czeka na nas jedynie podłoga zresztą tak jak i na następnym noclegu w Markowych Szczawinach... W sali jadalnej tego przytulnego schroniska był już tłok niemiłosierny - rodziny z dziećmi, jakaś oaza chyba nawet, no ale udało się nam usiąść na chwilę przy stole, skonsumować kanapki i zupki błyskawiczne które mieliśmy ze sobą. Później Tomek "zarezerwował" miejsce na podłodze na piętrze, gdyż jak słusznie się spodziewał na sali jadalnej gdzie spała większość ludzi była straszna "sicz" :D Tak, że w komfortowych warunkach mogliśmy spędzić noc. Zanim jednak się położyliśmy poszliśmy pofotografować Tatry na tle zachodzącego słońca. W końcu zabraliśmy się za nasz krupnik siedząc na ławkach przed schroniskiem a wszystkiemu przyglądał się zza chmur "łysy". Krupnik poprawił nam humory, rozgrzał gdyż zrobiło się bardzo zimno i pozwolił nie myśleć o czekającej nas nocy na twardej podłodze :D Najgłośniejsza grupą nocującą w schronisku była a jakże by inaczej grupa studentów z AGH :> Raczyli wszystkich swoim zaśpiewem refrenu chyba piosenki o górniczo hutniczej orkiestrze dętej. Ale i oni zalegli w końcu snem umęczonych trudami wycieczki górskiej. Za nocleg na podłodze zapłaciliśmy jedyne 10zł.

Z rana w sobotę obudziliśmy się rześcy i wypoczęci. Szybko przystąpiliśmy do porannej toalety i po 30 minutach byliśmy spakowani i gotowi na śniadanie i atrakcje kolejnego dnia. Zanim Tomek wstał my wybraliśmy się na Kucałową przełęcz i na pobliski punkt widokowy i porobiliśmy kilka zdjęć o poranku. Po śniadaniu składającym się z jajecznicy i kanapek ruszyliśmy w dalszą drogę. Podejście na Policę(1369m) zajęło nam chwilę ale i tak wyprzedzaliśmy kolejne grupy turystów. Jako że szczyt Policy jest zalesiony i nie pozwala na podziwianie widoków ruszyliśmy dalej. Tego dnia powietrze było chyba jeszcze mniej przejrzyste, wszędzie unosiła się tak jakby mgła. Z Policy czekało nas zejście na Halę Śmietanową gdzie zrobiliśmy krótki postój dla podziwiania masywu Babiej Góry. Dzień był wręcz upalny jak na 12 listopada gdyż mogliśmy iść w podkoszulkach! Dalsza droga wiodła przez wiatrołom który trzeba było zakosami omijać aby dojść na szczyt Broski(1239m) a stamtąd mijając Wyżni Syhlec (1121m) na przełęcz Krowiarki. Tutaj było już naprawdę dużo ludzi wybierających się na Babia Górę. Zapewne tylko dzięki tak wspaniałej pogodzie. Dalej czekało nas dosyć strome podejście na Sokolicę (1367m) i idąc tedy komentowaliśmy z Tomkiem "modę" górską. Na szczycie Sokolicy krótki odpoczynek, niemilknący pan opowiadał o swoich przeżyciach z 2 letnim synkiem, tak że szybko się zmyliśmy stamtąd. Dalej mozolne i długie podejście granią Babiej Góry. Pogoda była naprawdę wymarzona - słońce, bez chmur, bez deszczy czy śniegu i prawie na sam szczyt dotarłem w podkoszulku. Przechodziliśmy przez zarośla kosodrzewiny która chroniła dobrze przed porywistym wiatrem. W końcu po 14-tej stanęliśmy na szczycie Diablaka (1725m). Tutaj trzeba było kryć się za murkiem z kamieni gdyż wiatr był naprawdę mocny. Udało nam się zrobić kilka zdjęć Tatr. Po krótkim pobycie na szczycie zaczęliśmy schodzić w kierunku przełęczy Brona. W połowie drogi udało nam się zrobić ciekawe zdjęcia gdy księżyc wschodząc był zawieszony jakby metr nad szczytem Babiej Góry. Z przełęczy Brona zeszliśmy do schroniska na Markowych Szczawinach. Tutaj znowu tłok i czekał nas nocleg na podłodze. Najpierw zjedliśmy kanapki i znowu zupki z proszku. W międzyczasie wynikła afera o pierogi - jacyś studenci zamiast swojej porcji pojedynczej wzięli czyjeś 1,5 porcji. Od razu zrobiło się nieprzyjemnie - ale widac to taka atmosfera tego schroniska, bo ani ja ani Tomek za nim nie przepadamy a i po tym noclegu do grona tego dołączyła Monika. Z braku lepszych zajęć zamówiliśmy z Tomkiem sobie po porcji bigosu i piwie. Monika poszła spać a my zostaliśmy na ganku schroniska i gadaliśmy z jakimś Łukaszem z Katowic dosyć długo, jako że dokupywaliśmy sobie co chwilę kolejne puszki ze złocistym płynem to i rozmowy stawały się bardziej żywiołowe, w końcu zmęczeni udaliśmy się na nocleg. Tomek musiał się przenieść do jadalni gdyż ułożył się na korytarzu na wprost wyjścia z pokoju studentów (okazało się że dobrze zrobił). Całą noc studenci biegali do WC gdyż widać mocno im poszkodził tutejszy klimat :>

Rano po szybkim śniadaniu zostawiliśmy plecaki w schronisku i poszliśmy z powrotem na przełęcz Brona i stąd szlakiem niebieskim na Małą Babią Górę (1515m). Znowu słoneczna pogoda i ciepło pozwoliły nam na chwilowe wylegiwanie się na szczycie gdzie dokończyliśmy miętówkę z piersiówki i porobiliśmy kilka ciekawych zdjęć słowackiej strony. U naszych stóp roztaczał się widok przecudny gdyż Słowackie doliny, jezioro Orawskie były zatopione jakby w morzu mgieł z którego wystawały tylko co wyższe szczyty.... Klimatu tego nie odda na pewno zdjęcie, ale warto było to upamiętnić. Z Cylu zeszlismy do skrzyżowania szlaków i wróciliśmy Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach. Zabraliśmy swoje plecaki, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy na PKS do Krakowa. Zeszliśmy szlakiem czarnym a później niebieskim do Zawoi Policzne. Tam udało nam się niezmiernie gdyż byliśmy godzinę za wcześnie ale złapalismy bus do Krakowa, który szybko, bezboleśnie i za 12zł zawiózł nas na pl. Inwalidów. I tak zakończyła się wycieczka i tak wróciliśmy do zadymionego miasta i tak znów nas ogarnął smutek na myśl o tych trawach wypłowiałych na halach i słońcu świecącym na szczytach gór.... Trzeba znowu czekac do kolejnej wycieczki w góry, do kolejnego momentu kiedy można się będzie wyrwać z miasta.