Beskid Niski i Bardejov - majówka 2005

Jak co roku, z początkiem maja wyruszyłem na górskie szlaki, aby rozruszać się trochę po ciężkiej zimie i nabrać sił i kondycji. Tym razem wybór padł na Beskid Niski. Dokładniej na okolice Krempnej oraz część Beskidów, leżących po słowackiej stronie granicy. Skład ekipy do końca był niepewny i chyba dopiero w czwartek przed wyjazdem potwierdzili chęć wyjazdu Lechowicze. Wcześniej dokonaliśmy rezerwacji miejsc w schronisku "Hajstra" w Hucie Polańskiej. Najtrudniejszą częścią wycieczki okazał się dojazd... Zaczęło się niemiło i nerwowo, gdy po przyjściu o 6:20 na dworzec PKSu w Krakowie dowiedzieliśmy się o braku biletów na autobus do Jasła. Na szczęście nasze urocze dziewczyny przekonały kierowcę, aby pozwolił nam jechać "na stojaka". Zajęliśmy miejsca siedzące w przejściu autobusu i ruszyliśmy w kierunku Jasła. Jakoś wytrzymaliśmy 3 godziny jazdy w tak mało komfortowych warunkach i około 10-tej wysiedliśmy na dworcu w Jaśle. Stąd kolejny zapchany autobus zawiózł nas do Huty Polańskiej, byliśmy jedynymi pasażerami już od Krempnej :). Jeszcze tylko 3 km marszu do schroniska i byliśmy na miejscu. Od razu skorzystaliśmy z możliwości oferowanych przez kuchnię schroniskową i przygotowaliśmy sobie obiad - makaron z sosem. Ogólnie standard schroniska miło zaskakuje, my spaliśmy w sali z 11-toma łóżkami, ale było i tak bardzo komfortowo, schronisko oferuje też mniejsze pokoje. Dodatkowo dostępne są elegancko urządzone łazienki z prysznicami i ciepłą wodą, a kuchnia wyposażona jest w naczynia, talerze itp... O 15 wyruszyliśmy na szlak, niebieskimi znakami w stronę przełęczy Sedlo i dalej na grzbiet Baraniego. Podejście z początku łagodne, ale prowadziło przez teren podmokły i zarośnięty. Dopiero po wyjściu na pas drogi granicznej mieliśmy bardziej przetarty szlak. Około 3 km marszu granicą i dochodzimy na grzbiet góry Baranie, gdzie toczyły się boje w czasie II wojny światowej i do dzisiaj znajduje się odłamki pocisków (jeden - wykopany prawdopodobnie przez poszukiwaczy militariów - znalazły na drodze dziewczyny). Z Baraniego gdzie znajduje się zwalona wieża obserwacyjna wyruszyliśmy w dół szlakiem żółtym prowadzącym do wsi Olchowiec. Znowu teren podmokły i trudno przebieżny, przeprawianie się przez potoczki i grzęzawiska, ale taki jest urok Beskidu Niskiego, że jest mało dostępny i dziki. Zeszliśmy do wsi, gdzie znajduje się odnowiona cerkiew oraz zabytkowy kamienny most wiodący do niej. Po udanych zakupach w sklepie (piwo+chleb:) znowu ruszyliśmy kierując się w stronę schroniska. Chcieliśmy iść przełajem przez las, ale jakiś koleś zawrócił nam w głowach i przeszliśmy drogą prowadzącą cały czas nad potokiem do Polan i stamtąd do Huty Polańskiej. Ostatecznie na godzinę 21 stanęliśmy w schronisku i po kolacji poszliśmy spać "konkretnie narąbani" :)

W niedzielę 1 maja wstaliśmy rano i po śniadaniu ruszyliśmy na kolejną wędrówkę. Teraz poszliśmy niebieskim szlakiem w kierunku na Ożenną. Jednak w nieistniejącej już wsi Ciechani przy starej owczarni, gdzie szlak skręca w lewo w stronę lasu, my poszliśmy dalej drogą do szosy na Krepną. Ciechania była kiedyś wsią założoną w XVI w. przez Stadnickich, a zamieszkałą przez ludność łemkowską. W czasie I wojny światowej wieś została doszczętnie zniszczona. Jedyną pozostałością dzisiaj są podmurowania i piwnice domów oraz nagrobki na cmentarzu. Kontynuując tę drogę doszliśmy do miejsca po wsi Żydowskie położonej w dolinie potoku Krempna. Wzmianki o wsi pochodzą z 1581r. wiódł tędy uczęszczany szlak ze Żmigrodu do Preszowa. Po II wojnie światowej mieszkańców wysiedlono i zbudowano PGR. We wsi kapliczki murowane z XIX w. Po lewej stronie mijamy cmentarz. Tutaj rozdzieliliśmy się z Lechowiczami - oni poszli na autobus do Krempnej drogą wzdłuż potoku, a my na przełaj ruszyliśmy mając po prawej stronie zbocza góry Cyrla do Rrozstajnego. Jeszcze tylko przeprawa przez pierońsko zimny potok i ruszamy do Rozstajnego. Tutaj ruszyliśmy drogą do Świątkowej. Wieś położona u ujścia potoku Świerzówka do Wisłoki, istniejąca już od 1510r. W 1633r. stała się własnością chorążego koronnego Kochanowskiego, w 1746r. właścicielem był książę Jerzy Lubomirski, wieś tą zamieszkiwała głównie ludność moskalofilska. Oglądnęliśmy cerkiew drewnianą Św. Michała Archanioła z 1762r. (zbudowana w stylu zachodniołemkowskim) i ruszyliśmy dalej do Krempnej. Dziewczynom udało się złapać stopa, nam chłopakom jednak nie i doszliśmy aż do samej Krempnej. Humory nam dopisywały jednak mimo zmęczenia i jakoś ta droga upłynęła. W Krempnej zjedliśmy obiad - frytki i Jacek zakupił zestaw kolacyjny - makaron+sos+mielone. O 18 podjechaliśmy sobie do Polan i stąd piechotką dotarliśmy do Huty Polańskiej i schroniska. W Polanach znajduje się cerkiew murowana pw. Św. Jana Złotoustego wybudowana w 1914r. Zjedliśmy kolację i resztę wieczoru przesiedzieliśmy przy piwku i rozmowach.

W poniedziałek powtórzyliśmy odcinek szlaku niebieskiego - Huta Polańska - Owczarnia we wsi Ciechania. I dalej niebieskim szlakiem na wzgórze Nad Tysowym i stąd zeszliśmy do Ożennej. Wieś ta leży w dolinie potoku Ryjak, pierwsze zapisy z 1581r. jako własność Stadnickich. Po II wojnie większość mieszkańców wyjechała na Ukrainę. W latach siedemdziesiątych w miejscowym PGR pracowali więźniowie i taki powitał nas krajobraz... popadłe w ruinę baraki, biednie ubrani ludzie i płynąca ulicami gnojówka, oraz cmentarz wojenny nr 3 gdzie pochowano żołnierzy austriackich, węgierskich i rosyjskich. Inskrypcje na płytach głoszą: "Wiernych synów, którzy oddali swe życie, kryje z wdzięcznością ziemia ojczysta" oraz "Poległym wrogom miejsce ostatniego spoczynku poświęcają współczucie i humanizm".W centrum wsi zjedliśmy lody i zastanawialiśmy się nad kupnem wina owocowego pakowanego w worki foliowe jak mleko... ale jednak cena 6zł nie była zachęcająca... Dalej szlakiem niebieskim mijając po prawej stronie cmentarz wojenny nr 4 z pochowanymi żołnierzami rosyjskimi i austriackimi, podeszliśmy do granicy. Po przejściu jej weszliśmy na słowacki szlak zielony i doszliśmy do wsi Niżna Polianka. Jako, że do odjazdu autobusu było parędziesiąt minut skorzystaliśmy z uroków Słowacji i zakosztowaliśmy chłodnego piwa. W końcu dotarliśmy do Bardejowa.

Miasto w dolinie Topli założone już w XIIIw. W 1320 roku król węgierski Karol Robert nadał prawa miejskie. Do XV w. trwała budowa murów obronnych. Okres największego rozkwitu przypadł na lata XV-XVIw. Miasto może poszczycić się iż w drukarni Davida Gutgesella wydrukowano pierwszy słowacki przekład katechizmu Lutra. Od połowy XVIIw następuje powolny upadek miasta. Pustoszą je epidemie i pożary. W czasie I wojny światowej było w obszarze działań wojennych, w czasie II wojny deportowano Żydów którzy stanowili 30% ludności miasta.

Z dworca SAD(ichsiejszy PKeS) trzeba iść w stronę sklepu BILLY i stamtąd widać fragmenty murów obronnych. Przez jedną z bram wchodzimy w uliczki starego miasta. Bez problemu odnaleźliśmy rynek. Piękny rynek otoczony budynkami przebudowanymi w późnym renesansie i baroku, pochodzą z XV-XVI w. Na rynku znajduje się budynek Ratusza (Radnica) wybudowany w 1511r. W północnej części rynku kościół pw. Św. Egidia - gotycki z drugiej połowy XIVw. Trójnawowa bazylika w typie gotyku śląskiego. Ołtarz z XVw., cenne rzeźby. W południowo-wschodnim rogu rynku znajduje się informacja turystyczna, gdzie można się dowiedzieć wszystkich potrzebnych informacji jak również wymienić złotówki na korony. Dowiedzieliśmy się o możliwości tanich noclegów w internacie na ul. Pod Vinbargom 3 i poszliśmy tam zostawić plecaki. Po wpłaceniu 200 koron za nocleg i 15 opłaty klimatycznej dostaliśmy klucz do pokoju. Luksus to nie był, ale warunki znośne i wypocząć się tam dało bez problemu. Ruszyliśmy zwiedzać miasto i zjeść jakiś obiad. Łażąc po okolicach rynku natrafiłem na tablicę upamiętniającą Johna Lennona. Opłaty za posiłki typowo słowackie w restauracjach były dla nas zbyt wygórowane, więc poszliśmy na pizzę. Bardzo miły lokal w rynku z dwiema salami dla niepalących i kurzaków. Za 100 koron można najeść się dobrą pizzą. Po tym obiedzie porobiliśmy trochę zakupów na drogę powrotną i ruszyliśmy porobić trochę nocnych zdjęć na rynku. Słowacy do robót drogowych zabierają się w nocy zamiast w dzień, akurat pod naszymi oknami zaczęli o 22 wysypywać jakiś tłuczeń czy inne kamienie. Jednak piwo to mają wyśmienite i "Smadny Mnich" rekompensował wszystkie niedogodności We wtorek 3 maja udaliśmy się na dworzec i wpakowaliśmy się do autobusu jadącego do Becherowa. Autobusy odjeżdżają tam dość często (w dni powszednie) ale tylko poranne i popołudniowe dojeżdżają pod samą granicę. Wieś ta lokowana na prawie niemieckim w 1414r. W XVw. Zajęta i zniszczona przez wojska polskie. We wsi cerkiew klasycystyczna z 1847r. My dostaliśmy się na przystanek Becherov garaż i rzeczywiście był tam garaż dla autobusów! Wydaliśmy ostatnie korony w sklepiku na piwo i po pogawędce ze słowackim autochtonem poszliśmy asfaltem w stronę granicy. Ruch był dość spory i to głównie nasi rodacy ruszali na Słowację, lub powracali stamtąd. Dojście do przejścia zajęło nam około 1,5 godziny. Po lewej stronie minęliśmy cmentarz nr 46. Po przekroczeniu granicy w dolinie ujrzeliśmy wieś Konieczna i cerkiewkę pw. Św. Wasyla Wielkiego - drewnianą z 1903 roku. Zeszliśmy do wsi i okazało się, że autobus mamy o 15 (czyli czekalibyśmy 3 godziny!) Postanowiliśmy łapać okazję i tak dostać się do Gorlic. Ela, Damian i Jacek stworzyli jeden zespół a ja z Monią drugi. Trójka okazała się szczęśliwą liczbą, gdyż szybko złapali stopa a my musieliśmy dreptać 8 km do Gładyszowa, gdzie czekała na nas druga grupa (jednak nie udało im się dostać dalej). Po drodze robiliśmy troszkę zdjęć. W Zdyni znajduje się cerkiew drewniana oraz "Łemkowska Watra" gdzie odbywają się co roku festiwale kultury łemkowskiej i gdzie wypija się hektolitry spirytusu :D W końcu na 14 dotarliśmy do Gładyszowa i połączyliśmy nasze grupy. Nie udało nam się złapać kolejnego stopa, więc do Gorlic dostaliśmy się autobusem goniąc nadchodzącą burzę. Jednak zanim PKS przyjechał co poniektórzy zajadali się zupkami chińskimi bez wrzątku :D Podobno bardzo pyszne! W końcu dostaliśmy się do Gorlic i zakupiliśmy bilet do Krakowa. Korzystając z chwili wolnego czasu poszliśmy na rynek gdzie odbywały się uroczystości z okazji 90 rocznicy operacji gorlickiej. Ja poszedłem także na cmentarz wojenny nr.23 (10 min marszu od stacji PKSu w kierunku zachodnim) jeden z większych cmentarzy w okolicy. Na szczęście odbywały się na nim uroczystości z okazji 80cio-lecia bitwy gorlickiej i pozostawiono tam jeszcze toitoje :> Jeszcze tylko nerwówka przy wsiadaniu do autobusu - dziwnym sposobem ilość sprzedanych biletów była większa niż ilość miejsc w autobusie, no ale po wyrzuceniu kilku osób mieliśmy 4 siedzące i ja z Jackiem zmienialiśmy się co godzinę. Dojazd do Krakowa był spokojny tylko w Wieliczce przywitały nas niemiłosierne korki. Na 20tą byliśmy już w Krakowie i poszliśmy na piwko pożegnalne do Eli i Damiana.

Tak oto przebiegał nasz majowy wypad w Beskid Niski. W tym roku już nie było takich pustek na szlakach jak to było kilka lat temu gdy przemierzałem ścieżki Beskidu. Żeby pobyć w samotności trzeba będzie uciekać gdzieś w dziksze rejony Karpat, do Rumunii, na Ukrainę.... Jednak w Beskid Niski trzeba będzie się niedługo znowu wybrać, bo jest jeszcze wiele terenów do eksplorowania i złażenia....