"Rajd PK" Stróża - maj 2003
Wyruszyliśmy na kolejny Rajd PK, który w tym roku miał zakończenie w Stróży. Ogólnie sytuacja rajdowa przedstawiała się całkiem dobrze jeszcze przed Świętami Wielkanocnymi, plany były już w zaawansowanej fazie i wszystko wskazywało, że się to jakoś ułoży, no ale niestety nie. Nie wyszło tak jak chcieliśmy, co nie znaczy, że źle. Plan był taki, że załatwimy nocleg w Ropie i stamtąd będziemy sobie łazić po Beskidzie Niskim. Chcieliśmy, no dobra ja chciałem połazić po cmentarzach pierwszowojennych, no i po jaskiniach. Ta druga opcja nie przypadła do gustu mojej mamie(nie wiem dlaczego), no ale plany były... Jednak już po Świętach część osób zmieniła zdanie i postanowiła wyruszyć na Słowację a tuż przed samym rajdem kolejna (i ostatnia zarazem) grupa postanowiła zostać w Krakowie i marnować długi i słoneczny weekend w mieście. No i zostaliśmy sami we dwóch z Michałem. Jednak znając zasadę, że "takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego" nie załamaliśmy się przeciwnościami losu i Beskid niski postanowiliśmy jednak odwiedzić! Wyjazd zaplanowaliśmy na niedzielę 27 (sam się właściwie zaplanował, bo nie było transportu później). Wyjechaliśmy zatem pociągiem "Bieszczady" do Zagórza po 22. W Krośnie mieliśmy być po 4 rano. Jazda nocnymi pociągami ma swoje plusy - można się wyspać bo przedziały są właściwie wolne, ale ma też i minusy, strasznie kradną. Na szczęście udało nam się dojechać z całym dobytkiem na miejsce. Okazało się, że do autobusu którym mogliśmy dojechać do Iwli jest jeszcze godzina czasu więc poszliśmy na miasto, a właściwie na rynek. Wszystko było pozamykane, więc musieliśmy się ewakuować z powrotem na dworzec. Wyjechaliśmy pierwszym autobusem i na skrzyżowaniu w Iwli byliśmy już po 6 rano. Skontrolowaliśmy mapę i wyruszyliśmy na szlak. Po pół godzinnym marszu odnaleźliśmy bezbłędnie szlak czerwony i poszliśmy nim kawałek.
Zbliżała się pora śniadania więc zatrzymaliśmy się przed szczytem Polany. Dalsza droga przebiegała już prze świecącym nisko nad horyzontem słoneczkiem. Zaczęło się robić przyjemnie i ciepło. Tak idąc sobie doszliśmy do Kątów-wsi istniejącej już od ponad 600 lat- gdzie zakupiliśmy sobie prowiant na dalszą drogę. Ruszyliśmy żwawo dalej i po około godzinie podchodzenia doszliśmy do przełęczy i weszliśmy w las.
Na szczęście dla nas, przyroda jeszcze nie obudziła się do życia, bo szlak prowadzi tam przez straszne krzaki, pozawalane drzewa i chaszcze. Jednak udało nam się przebrnąć ten odcinek i dotarliśmy do podnóży Kolanina. Nie zapowiadało się, że będzie tak fajnie... Chyba od tego momentu Michał przestał narzekać, że w tej części Beskidów są małe górki. Podejście było naprawdę ciekawe i z plecakami było dość ciężko. Na Kolaninie drugie śniadanko kanapki z boczkiem i cebulka do tego, no i postraszyło nas deszczem, więc się zmyliśmy. Dalej droga przebiegała już bez problemów. Doszliśmy na Świerzową, a następnie na Magurę. Tam ostatecznie zrezygnowaliśmy z odwiedzin w Jaskini Mrocznej z powodu braku czasu (mama się pewnie cieszy). Zeszliśmy szybko do Bartnego zaliczając po drodze niezłe bagienko, woda fajnie przelewała się przez buty, no ale trzeba było dotrzeć do schroniska. Jakoś strasznie nam się dłużyła ta droga, ale doszliśmy na miejsce. Obsługa nie jest zbyt miła i nawet napojów czy wody mineralnej nie chcieli nam sprzedać dziwnie to argumentując, no ale nieważne, daliśmy sobie radę i bez tego:)
Dzień się kończył, słońce powoli zachodziło, więc postanowiliśmy się rozbić gdzieś w pobliżu jakiegoś potoczku. Miejsce za wsią znaleźliśmy dobre i szybko poszło nam rozstawienie namiotu i przygotowanie posiłku. Po wieczornej toalecie w troszkę zimnej wodzie poszliśmy spać. Nie przeszkadzało że niewygodnie, że z namiotu kapie woda, niedaleko szumiał potok, nocne ptaki, w takich warunkach odpoczywa się naprawdę. We wtorek wstaliśmy około 6 rano i od razu przeszliśmy do najważniejszych spraw bieżących, zrobiliśmy sobie śniadanie. Niestety nie udało nam się odpalić maszynki spirytusowej i musieliśmy zjeść tylko coś na zimno.
Złożyliśmy namiot, posprzątaliśmy i ruszyliśmy dalej. Teraz szlak wiódł nas do Wołowca małej wioski Łemkowskiej. Tutaj czas jakby zatrzymał się jakieś kilkadziesiąt lat temu, gdyby nie elektryfikacja i nowo wybudowane dacze można by uznać, że jest się w skansenie. Dopełniła tego babuleńka, która wyszła sobie na spacer poranny, w chuście, gorsecie i kolorowej spódnicy. Posiedzieliśmy chwilę, wypiliśmy wodę zjedliśmy czekoladę i ruszyliśmy dalej. Skorzystaliśmy z tego że obok płynął potok i nabraliśmy wody i trochę się odświeżyliśmy, zmiana spodenek na krótkie też była dobrym pomysłem, bo zaczynało być gorąco a później żar lał się z nieba. Teraz mieliśmy przeciąć las i wyjść w Jasionce. Droga którą szedł szlak kilkakrotnie przechodziła przez potoczki i trzeba było się przeprawiać. W końcu tak się zaabsorbowaliśmy tym przeprawianiem przez potoczki, że zgubiliśmy szlak. Na szczęście mieliśmy mapę więc szybko ustaliśmy gdzie chcemy iść i już po kilkudziesięciu minutach zobaczyliśmy zabudowania Jasionki. Chwila odpoczynku na zrobienie zdjęcia jednemu z przydrożnych krzyży - licznych w Beskidzie Niskim i dalej ruszamy, teraz jednak odzywają się stopy Michała i mówią, że się buntują. Poprzedniego dnia trochę sobie Michał odbił stopy i już nie bardzo mógł chodzić, ale na szczęście miałem lżejsze buty, szybka zmiana(trochę za małe były na niego, ale co tam). No i idziemy, idziemy i doszlismy do Krzywej Ale okazuje się, że nie mieliśmy, szlak gdzieś miał przeciąć wcześniej drogę. Nie chciało się nam wracać więc poszliśmy znowu za mapą. Po jakiś 30 min przedzierania się przez ostrężyny ( super pomysłem były te krótkie spodenki:) doszliśmy na Kamienny Wierch. Tam spotkaliśmy zielonego krasnoludka, czyli leśniczego, który upewnił nas, że idziemy w dobrym kierunku. Zeszliśmy na przełaj do Zdyni i wyszliśmy w okolicy Łemkowskiej Watry, gdzie odbywają się festiwale kultury Łemkowskiej. Stamtąd szlakiem dalej ruszamy na Rotundę. Podchodzimy i zdobywamy ją:)
Znajduje się tam cmentarz nr 51 a I wojny światowej. Jeden z piękniejszych cmentarzy w Beskidzie Niskim teraz popada w ruinę. Jednak od tamtego roku gdy byłem na nim ostatnio troszkę się poprawiło, kilka grobów jest oczyszczonych uporządkowane krzaki... Może będzie wyglądał kiedyś jak za dawnych lat... Teraz ostrym zejściem dochodzimy do Regetowa. Po drodze spotykamy dwoje turystów - to już trzy osoby spotkane na szlaku przez dwa dni, sukces! :)
W Regetowie szukamy sklepu i kupujemy sobie po Żywieckim złocie :) Od razu poprawia nam to humor i z przedwczorajszym chlebem ruszamy na poszukiwanie miejsca noclegowego. Po drodze zahaczamy jeszcze o cmentarz położony pięknie na szczycie niewielkiego wzniesienia. Wioska ta znana była z tego, że przez przełęcz Regietowską przechodził kiedyś przemytniczy szlak tytoniowy:) W końcu docieramy na polanę i rozbijamy namiot z pięknym widokiem na skąpaną w zachodzącym słońcu Rotundę. Teraz na szczęście udaje nam się odpalić sprzęt do gotowania i jemy sobie po gorącym kubku.
Rano budzimy się wypoczęci i gotowi do dalszej drogi. Nie decydujemy się na szlak czerwony (masakrystyczne podejście na Kozie Żebro) ale wybieramy mapę. Mieliśmy kombinować coś z żółtym szlakiem, ale po drodze chcieliśmy jeszcze zobaczyć kolejny cmentarz - no dobra, ja chciałem, ale się opłacało. Dalej ruszylismy ostrym podejściem na Jaworzynkę. Stamtąd mieliśmy zejśc do Wysowej, miało być pięknie, wywiady mjały być i w ogóle:) Ale jednak postanowiliśmy zobaczyć Jaworzynę Konieczniańską i troszkę zboczylismy z wybranego kierunku :> Szczęśliwie jednak wszystko się dobrze skończyło i dotarliśmy do szlaku niebieskiego. Tam dowiedzieliśmy się o kolejnym cmentarzyku i też się przeszliśmy tam. Spotkaliśmy tam gościa z Warszawy, którego pasją było właśnie odwiedzanie takich cmentarzyków, z żoną dzieckiem i kotem łaził a właściwie jeździł sobie od jednego do drugiego... Dalej wyruszyliśmy szlakiem niebieskim do Wysowej. Dotarliśmy tam po 13, wstąpiliśmy do sklepu, bo mieliśmy jeszcze 15 min do odjazdu autobusu. Wszystko było pięknie... no ale niestety okazało się, że autobus nie odjeżdża z przystanku, tylko z drogi obok i wziął nam skubaniec uciekł :) Na szczęście Michał złapał stopa i podwiózł nas kolejny leśniczy (mieliśmy do nich szczęscie) . W Hańczowej zjedliśmy po lodzie i złapaliśmy kolejnego stopa, spotkanego Warszawiaka właśnie:) Podwiózł nas do Uścia Gorlickiego. To była chyba najbardziej komfortowa część naszej podróży, w końcu czy można wymagać czegoś więcej niż Volvo S40 z klimatyzacją w upalny dzień?? :) Za to z Uścia pojechaliśmy do Gorlic w autobusie z wbudowaną sauną i udało nam się złapać autobusy, Michał do Krakowa a ja do Poronina gdzie kontynuowałem rajd....












