Gorce - listopad 2002
Nie mam nogi. Pożarli ją moi współtowarzysze
Jeszcze ich mlaskanie słyszę
Wyszliśmy w góry jeszcze za dni ciepłych
Dopadła nas zima zaskoczonych
Zjedliśmy wszystko co zjeść się dało
Nic nie zostało
Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe
Zachciało się nam iść na wyprawę...............
Tak to śpiewał onegdaj Kaziu S. i jakoś tak sama się nasunęła mi na myśl ta piosenka niedzielnego wieczoru miesiąca bieżącego, ale, ale, po kolei niech się opowieść toczy, nie wyprzedzajmy faktów.
W sobotę zrobiliśmy imieniny, dość huczne, bo potrójne jako, że jest nas trzech Marcinów w składzie.Ja zakończyłem imprezę wcześniej, gdyż na rano musiałem wstać. Nie piłem wcale dużo jak to niektórzy złośliwi twierdzą. Udało mi się o 24 położyć do łóżka i zasnąć snem sprawiedliwego. O 6 zadzwonił budzik i o dziwo nawet nie było problemów ze wstawaniem, no z obudzeniem się, bo po powstaniu z barłogu poczułem dotkliwe ukłucia pod czachą. Kilka szklanek wody postawiło mnie jednak na nogi, całe szczęście, że pakowałem się jeszcze w sobotę, bo było by ciężko. Później jeszcze zebrałem resztę ekipy z akademika, czyli Kaśkę, Pawełka i Waldka. Na dworzec dotarliśmy gimbusem 129 i wpakowaliśmy się w PKS do Szczawnicy. Zaraz za Krakowem pojawiły się objawy choroby lokomocyjnej :), ale na szczęście udało się je pokonać jakoś. Drogę do Mszany Dolnej przespałem i gdy tam otworzyłem oczy wszystko już było białe. Kraków oczywiście opuszczaliśmy szary i ponury. Z jednej strony wszystko wyglądało pięknie, ale z drugiej nie było wesoło gdy autobus zaczął "tańczyć" na wspaniale utrzymanej szosie:) Jak co roku tradycji stało się zadość i zima zaskoczyła drogowców.
Wysiedliśmy z autobusu w Szczawie i od razu ruszyliśmy na szlak. Prowadzi on w górę doliną Głębińca. Cały czas prószył śnieg pokrywając coraz to grubszą warstwą świat. Szliśmy po tym puszystym kobiercu jako pierwsi naruszając jego dziewiczość, gdyż nawet zwierzęta nie przekraczały przed nami drogi. dopiero później pojawiły się jakieś tropy zajęcy. Zamarła w ciszy przyroda przynosiła na myśl opowieści Corwooda o Kanadyjskich traperach, tyle że w uboższym wydaniu, no i nie było niebezpieczeństwa bycia zjedzonym przez wilki :) Waldek już wcześniej szedł tym szlakiem i ostrzegał nas, że łatwo się tam pogubić, gdyż jest bardzo źle oznaczony. No i tak jak mówił, tak też się stało, nie zauważyliśmy skrętu w prawo i nadłożyliśmy ponad pół kilometra zanim zawróciliśmy i znaleźliśmy szlak. Prowadził on przez Magurzycę na Nową Polanę gdzie zrobiliśmy króciutki postój. W dalszą drogę ruszyliśmy już szlakiem niebieskim i dotarliśmy nim -cały czas idąc lasem- na polanę Gorc Kamieniecki. W lesie było jeszcze przyjemnie, śnieg osiadał lekko na ubraniach i plecakach, nie był mokry więc też i nie moczył butów, wędrówka była bardzo przyjemna. Wszystkie iglaki miały na gałęziach czapy białego puchu a miejscami, tam gdzie wiatr zawiewał wszystkie gałązki -jakby lukrowane- pokryte były śniegiem. Mniej przyjemnie zrobiło się, gdy wyszliśmy z lasu na polanę. Wtedy dał o sobie znać wiatr. Dobrze, że wiał nam w plecy, ale i tak nie było przyjemnie, gdyż dodatkowo "obniżał" temperaturę. Była pora obiadowa, więc zatrzymaliśmy się w chatce na polanie żeby coś zjeść. Górskie powietrze uspokoiło mój żołądek ;) Chwila odpoczynku, względnego ciepła i kilka kromek chleba ze smalcem poprawiły nam humory i ruszyliśmy dalej. Po kilkunastu minutach byliśmy już na szczycie Gorca. Tutaj szlak był udeptany i szło się już całkiem miło, bo nie trzeba było przecierać go. Tym sposobem doszliśmy do Polany Przysłop gdzie odchodził żółty szlak do Ochotnicy Górnej. Spotkaliśmy tam dwóch gości, którzy właśnie tym szlakiem schodzili na dół do samochodu. Okazało się, że byli z Krosna, nie wiem co ich tam zawiało. No, grunt, że pogadaliśmy sobie z nimi czekając na Kaśkę i Pawła. Ruszyliśmy w dalszą drogę i idąc cały czas lasem dotarliśmy do Jaworzyny.
Znów odkryty teren polany i ponownie sypiący w oczy śnieg. Kolejne miejsce widokowe a jedyne co mogliśmy zobaczyć, to granica lasu odległa o 500 m. W końcu padający śnieg też jest ciekawym obiektem obserwacyjnym:)
Po krótkim postoju postanowiliśmy przejść się do pobliskiej jaskini "Zbójeckiej Jamy". Kaśka z Pawłem poszli do schroniska, a my z Waldkiem wybraliśmy się do jaskini. Przyłączyli się do nas Olka z Andrzejem bodajże z Warszawy ludzie. Tutaj nikt przed nami nie szedł i musieliśmy się przedzierać przez las w śniegu po kolana. W końcu dotarliśmy na miejsce. Całe wejście było prawie niewidoczne i dość niebezpieczne. Najpierw trzeba było wejść w 3.5m studnie, po wystających śliskich kamieniach. Cała jaskinia, to ok. 25m wąski tunel na północ schodzący w dół a na południe lekko się wznoszący. Zanim przyzwyczailiśmy oślepione od śniegu oczy do ciemności minęło kilka minut. Na dole panuje temperatura powyżej zera i stwierdziliśmy, że można by tam było spokojnie noc spędzić. Gdy zobaczyliśmy oba końce tunelu wydrapaliśmy się cali umorusani błotem na powierzchnię.
Robiło się już coraz ciemniej, a do schroniska mieliśmy jeszcze około 3km. Znów przedzieraliśmy się przez głęboki śnieg i wróciliśmy na szlak. Po jakimś czasie dotarliśmy do Hali Długiej skąd powinniśmy zobaczyć już schronisko. Niestety, było już zupełnie ciemno a do tego padał śnieg. Na początku dało się iść po śladach innych turystów, ale po pewnym czasie te znikły przysypane śniegiem. Zrobiło się już zimno i porywisty wiatr niosąc ze sobą ostre jak szpilki drobinki śniegu siekła nas po twarzach dodatkowo oślepiając. Po kilku minutach marszu zobaczyliśmy zarys jakiegoś budynku. Jednak stwierdziliśmy, że nie jest to schronisko na Turbaczu. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że to tzw. "Metysówka". To nas trochę przygnębiło, bo -kto był ten wie jak wygląda Hala Długa- idąc musieliśmy zakręcić o 180 stopni. Wróciliśmy po swoich śladach już ledwo widocznych spod śniegu i teraz oświetlając sobie drogę latarką dotarliśmy do schroniska. Jaka była nasza radość gdy 200 m przed schroniskiem zobaczyliśmy wreszcie światełka w tunelu. Gdyby nie ten cholerny śnieg, to trafilibyśmy od razu do celu.
Następnego dnia rano gdy patrzyliśmy spod schroniska na halę, to nie mogliśmy wyjść z podziwu dla siebie samych, nie wiemy jak tego dokonaliśmy :) W końcu jednak udało nam się dotrzeć na miejsce. Cali zasypani byliśmy śniegiem, spodnie do połowy łydki pokrywała warstwa lodu. Na jadalni czekał już przyrządzony przez ekipę Lecha posiłek. Jego ludzie na wycieczce byli to: Anka, Gośka, Michał, Jurek no i oczywiście Lech. Szli sobie już od soboty trasą z Krościenka do Hawiarskiej Koliby i później w niedzielę na Turbacz. Zaraz po przebraniu się zjedliśmy z nimi przepyszną kolację i wypiliśmy kilka litrów ciepłej herbaty. Wreszcie odtajaliśmy i doszliśmy do siebie. Po poukładaniu mokrych rzeczy na kaloryfery i umyciu się poszliśmy do jadalni. Najpierw rozegraliśmy partyjkę tysiąca w kości, później graliśmy w remika a Anka, Kaśka i Pawełek grali na gitarze. Przed północą poszliśmy do pokoju i położyliśmy się spać. W końcu jednak dzień nie zakończył się tak źle jak się zapowiadało to gdy szliśmy przez halę :) Rano zadzwonił budzik o godzinie 7. Jednak nikt nie wykazywał chęci żeby wstać. Wreszcie z łóżek poderwała nas Anka, mówiąc żebyśmy wyjrzeli przez okno. Opłacało się wstać z cieplutkiego łóżeczka, bo widok jaki w zamian mieliśmy był przecudny.
Po lewej stronie dość nisko nad horyzontem świeciło słońce a przed nami otwierał się widok na Tatry. Pokryte śniegiem szczyty wyrastały z morza mgieł jakie pokryły całe Podhale. Mieliśmy widok od Beskidu Wyspowego przez Pieniny aż po Tatry Zachodnie. Nie zważając na mroźne poranne powietrze wyszliśmy sobie przed schronisko pooglądać widoczki i trochę pofotografować. Wreszcie jednak chłodne górskie powietrze zapędziło nas z powrotem do środka. Poszliśmy na jadalnię i zjedliśmy kolejną część zapasów. Tego dnia mieliśmy już niedługi odcinek do przejścia i nie spieszyliśmy się zbytnio. Wyszliśmy dopiero około 10 i już wtedy zaczęło pruszyć. Widoczki znikły znowu ale na szczęście już tak nie wiało. Teraz trasa prowadziła na Stare Wierchy. Tam zjedliśmy obiadek i ruszyliśmy w dalszą drogę cały czas czerwonym szlakiem. Kolejnym przystankiem była bacówka na Maciejowej. Był tam cały zaprzęg Huskich, którym później zjeżdżał na dół jakiś koleś. Mnie wprawiły w podziw te niewielkie pieski, bo bez problemu ciągnęły -w piątkę- pod górę sanie z właścicielem i to w niezłym tempie. Wreszcie zeszliśmy do Rabki i dotarliśmy na dworzec PKP. Okazało się, że mamy pociąg do Krakowa za 20 min, kupiliśmy więc bilety popodbijaliśmy książeczki GOT i wsiedliśmy do pociągu zostawiając Gorce za nami. Umilając sobie drogę rozmową dotarliśmy do Krakowa, skąd każdy rozjechał się w swoją stronę. Anka, Gośka, Michał i Jurek do Warszawy, Lech do Wrocławia, a nasza "fantastyczna czwórka" pozostała w Krakowie. Gdy dotarłem do akademika, wykąpałem się i pojadłem porządnie. Kolejny wyjazd, który będzie się miło wspominać zakończył się. Lech znów wyciąga mnie w Sudety w lutym, kto wie, może dam się namówić. Na razie wypłacili strasznie małe stypendia ZŁODZIEJE!!! i muszę odłożyć kilka zaplanowanych imprez na inny termin :( Ale jak tylko będzie okazja, to na pewno się ruszę z Krakowa, bo zawsze warto.












