Wrzesień. Słoneczne popołudnie. Ciepło, lekki wiatr. Dłonie pachną granitem. Skośny cień sterczącej nad nami przewieszki powoli pełznie po chropawej płycie. Nie trzeba się spieszyć, drogę dobrze znamy; nie zanosi się na niepogodę, skała jest lita, a stanowisko z trzech na mur osadzonych haków, budzi zaufanie.

Beztrosko opieram się plecami o jedną ścianę zacięcia przypominającego rozwartą, lekko nachyloną książkę. Nogi stawiam na przeciwległej stronie; pozwalam sobie przymknąć oczy i wystawić twarz do słońca. Linę ściągam powoli, wyczuwając niespieszny rytm ruchów partnera dochodzącego od dolnego stanowiska. Słyszę delikatny odgłos strumyka, pluskającego gdzieś pod wantami, na dnie dolinki. Kryształki kwarcu wbijają się pod skórę policzka przytkniętego do skały.

Trochę nawet zazdroszczę koledze wspinającemu się pode mną, bo chętnie jeszcze raz przeszedłbym nasłonecznione zacięcie. To wręcz biologiczna przyjemność wznosić się metr po metrze dnem tej pięknej formacji, mając poczucie, że idzie się najlogiczniej jak tylko można, że w nagrodę za właściwe odczytanie istoty ściany otrzymuje się od niej tylko to, co najlepsze.

Było to wiele lat temu, na drodze Motyki, na południowej ścianie Zamarłej Turni. Nic wielkiego się nie przydarzyło, drogę przeszliśmy bez żadnych kłopotów, ale dla jakichś przyczyn trudnych do uchwycenia i opisania, zapamiętałem ją prawdopodobnie do końca życia. Sądzę, że spory udział w naszym ówczesnym zauroczeniu miała sama droga, a więc pośrednio jej pierwszy zdobywca. Być może należałoby rzec raczej – odkrywca. Od swojego pierwszego sezonu w Tatrach słyszałem od starszych kolegów same superlatywy na temat dróg Motyki, że zawsze w litej skale, że logicznie poprowadzone ładnymi formacjami, że w większości przyzwoicie „piątkowe”, a więc w sam raz dla nowicjusza, aby sobie krzywdy nie zrobił ale i poczuł, że się wspina a nie ciągnie linę przez strome trawy i szutrowiska. Minęło parę lat, przybyło umiejętności, ale okazało się, że w dalszym ciągu nie do pogardzenia są motykowe „piątki”, zwłaszcza jeśli przyjeżdża się z Krakowa w Tatry na dzień lub dwa, po miesiącach spędzonych za biurkiem i chciałoby się ucieszyć kwintesencją starego, dobrego taternictwa. Robiąc taką drogę ma się wrażenie, jakby się obcowało z solidnym wyrobem dawnego rękodzieła. Kim był ten taternicki „rzemieślnik-esteta”, który tak umiejętnie wynajdywał w rzeźbie ścian elementy, z których konstruował potem swoje wspinaczkowe szlagiery?

Urodził się w 1906 roku w Zakopanem, ale nie pochodził z góralskiej rodziny. W końcu lat dwudzie­stych związał się z grupą młodych taterników, do której należeli m.in.: Jan Gnojek, Witold Henryk Pa­ryski, Jan Sawicki. Wszyscy byli uczniami, bądź ab­solwentami zakopiańskich gimnazjów. Trzymali się razem, wyodrębnieni od drugiej ekipy, skupionej wo­kół słynnego narciarza i taternika, Bronisława Cze­cha. Do tego towarzystwa należeli m.in.: Antoni Kenar {założyciel Szkoły Rzemiosła Artystycznego w Za­kopanem) i Jerzy Ustupski.

Motyka, podobnie jak i Czech, znany był po­czątkowo przede wszystkim z wyczynów narciarskich. Był aktywny w tym sporcie jako zawodnik, skakał, biegał, uprawiał także narciarstwo w formie, która nazwana byłaby dziś „ski-alpinizmem". Głośno było o jego zimowych turach w Wysokich Tatrach. W czasie jednej z nich Motyka omal nie zginął. Próbo­wał przejść na nartach z Doliny Wielickiej przez Pol­ski Grzebień do Białej Wody. Pobłądził we mgle i spadł wraz z lawiną. Ciężko poturbowany, bez nart, które się połamały, półżywy, jakimś cudem dotarł do schroniska w Roztoce.

W historię Tatr wpisał się jednak głównie jako wspinacz, i to wspinacz nie byle jaki. Od końca lat dwudziestych, kiedy rozpoczął swoje taternickie eska­pady, aż do wybuchu II wojny światowej, należał do czołówki tego sportu.

W 1929 roku śmiercią dr Mieczysława Świerza zamknęła się pewna epoka taternictwa. Zginął jeden z czołowych reprezentantów dawnego poko­lenia, rozpoczynającego swą aktywność jeszcze na wiele lat przed wybuchem I wojny. Było to pokole­nie romantycznych eksploratorów, zastępowanych w okresie dwudziestolecia międzywojennego przez nastawionych na rekord sportowców. Właśnie w roku '29 zespół „sportowców" - Mieczysław Kowal­ski. Witold H. Paryski, Jan Sawicki i Stanisław Mo­tyka - dokonał 1. wejścia na Kozią Przełęcz Wyżnią od północy. Był to „problem" bez powodzenia ata­kowany przez najwybitniejszych reprezentantów pokolenia doktora Świerza, m.in. braci Sokołowskich i księdza Jana Humpolę.

Motyka wziął udział w zakończonej sukcesem wyprawie, ale nie była to jeszcze droga z serii typo­wych dla niego, pięknych wspinaczek w litej skale. To był ponury, kruchy żleb o północnej wystawie. Trzeba było jednak pokazać „starym", że „młodzi" przejęli pałeczkę w pokoleniowej sztafecie. Co praw­da w jednym miejscu przytrzymano się haka.

Tego samego lata Motyka, Sawicki i Paryski przeszli także nową drogę północną ścianą Kozie­go Wierchu, rozwiązując problem tzw. Filara Leporowskiego. Nazwa tej formacji skalnej pochodzi od nazwiska Jerzego Leporowskiego, słynnego przedwojennego solisty, który zginął rok wcześniej próbując pokonać ją samotnie, mniej więcej w linii drogi zespołu Motyki. Wspinaczka okazała się bar­dzo, a nawet nadzwyczaj trudna, przy tym niezwy­kle eksponowana. Znacznie odbiegała od standar­dów poprzedniego pokolenia.

Motyka szczególnie wiele dróg przeszedł z Janem Sawickim. Poza wspomnianymi już wspi­naczkami, pokonał z nim (w dwójkowym zespole) m.in. nowe drogi: na północno-wschodniej ścianie Żłobistego Szczytu z Doliny Kaczej (400 metrów, V, 1930 rok), dwustumetrowym kominem spada­jącym z Basztowej Przełęczy Wyżnie) do Doliny Mięguszowieckiej (również „piątka"), piękną drogę w płytach południowej ściany Małego Lodowego Szczytu (V, 1932 rok), czy wreszcie słynną „waria­cję horyzontalną" w postaci trawersu w poprzek po­łudniowej i południowo-wschodniej ściany Zamarłej Turni (V, 1932 rok). W związku z tym ostatnim przej­ściem odezwały się kasandryczne glosy o nadcho­dzącym milowymi krokami końcu prawdziwych celów wspinaczkowych w Tatrach. Skoro bowiem ta­ternicy nie są w stanie znaleźć sensownej linii wspi­naczki w pionie i zaczynają chodzić w poprzek ścian, to kryzys tego sportu staje się oczywisty!

Jan Sawicki, który w wywiadzie udzielonym „Taternikowi" wiele lat po wojnie, wspominał ten „horyzontalny eksces", stwierdził, że ani on. ani Motyka nie traktowali swojego przejścia jako propo­zycji stworzenia nowej gałęzi taternictwa. Po prostu rzeźba ściany Zamarłej podsunęła im pomysł takiej drogi i nie zamierzali bynajmniej chodzić w ten spo­sób po innych ścianach, tym bardziej, że trudno by­łoby znaleźć gdzie indziej podobną kompozycie po­ziomych rys i półek.

 

Koscielec

W tradycji polskiego taternictwa nazwiska Motyki i Sawickiego zrosły się prawie tak mocno jak np. Łapińskiego i Paszuchy, ale faktem jest, że przez większą część dekady lat trzydziestych Motyka wspi­nał się głównie ze Słowakami, a właściwie Spiszaka­mi, dla których prowadził nawet kursy taternickie.

Jedną z pierwszych wspólnych, polsko-spiskich akcji, w których uczestniczył Motyka, była wspinaczka zachodnią ścianą Łomnicy. W 1932 roku zespół w skła­dzie: Motyka, Sawicki, Zoltan Brull i Stefan Zamkovsky zrobił duży wariant prostujący do drogi Birkenmajera. Przejście nowego odcinka zajęto im 1,5 godziny, wyce­niono go na V. Niestety, po połączeniu się z „Birkenmajerem", ze względu na załamanie pogody, wspinacze mu­sieli wycofać się ze ściany.

Jak stwierdził Bolesław Chwaściński w książce „Z dziejów taternictwa", a potwierdzają to także źródła słowackie. Motyka przez swoje aktywne współdzia­łanie ze Spiszakami znacznie podniósł poziom wspi­nania po południowej stronie Tatr.

Atakował ze słowackimi partnerami bardzo ostre, jak na owe czasy, problemy. Tak ostre, że nie zawsze udawało się przejść klasycznie, jak stało się w przypadku południowo - wschodniego uskoku Za­dniego Mnicha. Problem był to krótki, ale treściwy i w roku 1934 Motyce i Zamkovsky'emu udało się go pokonać tylko dzięki czynnemu użyciu haka w klu­czowym miejscu. Czysto klasycznie pokonał tę dro­gę w 1946 roku Tadeusz Orłowski. Do dzisiaj jest to solidna „szóstka".

W rok później, w 1935, Motyka wraz z trze­ma spiskimi partnerami (był wśród nich Zamkovsky) poprowadził jedną ze swoich najsłynniej­szych dróg, na południowo - wschodniej ścianie Zamarłej Turni. Potężne, rozwarte zacięcie koń­czące się pod okapami (nota bene, w tej chwili wiedzie przez nie prostowanie starej drogi zwa­ne Z Motyką Na Słońce) wyznaczało linie wspi­naczki i zdecydowało o niezwykłej urodzie tej dro­gi. Jest to z pewnością jedna z najbardziej efek­townych wspinaczek tej klasy, wzorcowa tatrzań­ska „piątka". Na jej urodzie poznano się praktycz­nie od razu. Tylko w lecie 1938 roku przeszło dro­gę Motyki 50 zespołów (!), co, jak na ówczesną intensywność ruchu ta­ternickiego, było wyni­kiem niezwykłym.

Motyka poświęcał górom prawie cały czas i energię życiową. Jako rodzynek w środowisku taternickim, zdobył ofi­cjalne uprawnienia prze­wodnickie. Zamarla TurniaW czerwcu 1937 roku zdał w Zako­panem egzamin na prze­wodnika II klasy (potem zdobył także I klasę). Jego działania na tym polu spotykały się z nie­chęcią „prawdziwych" przewodników. Była to zamknięta kasta rodowitych górali, którzy wodzili „ponów" na wycieczki po dolinach, poubierani w tradycyjne stroje i zachwycali klientów barwnymi opowieściami o zbójnikach i skarbach. Nie potrafili jednak odpowiedzieć na rodzące się w latach trzy­dziestych zapotrzebowanie na przewodnictwo zu­pełnie nowego typu. Pojawiła się bowiem dość znaczna grupa dobrze sytuowanych ludzi, którzy chcieli być wprowadzeni w świat wysokogórskiej wspinaczki, nie ryzykując przy tym zbyt niebezpiecz­nych sytuacji. Część z nich zostawała później przy taternictwie, część wchodziła do grupy taterników „niedzielnych", dla większości był to tylko emocjo­nujący, wakacyjny epizod. Góralscy przewodnicy, w większości nie mający bladego pojęcia o tater­nictwie, nie mogli tej grupy potencjalnych klientów obsłużyć. W tej sytuacji wielu taterników robiło to „na lewo", bez żadnych oficjalnych papierów. Pro­ceder ten stawał się dla nich źródłem niebagatel­nych, sezonowych dochodów. Motyka był pierw­szym i praktycznie jedynym, który zaczął robić to legalnie. Przewodnicy-górale robili trudności z uzna­niem jego uprawnień, ale Motyka dopiął swego.

Nie zabierał im zresztą klienteli nastawionej na zwiedzanie Doliny Kościeliskiej i podziwianie Wodo­grzmotów Mickiewicza, bo zajmował się tylko prze­wodnictwem typu alpejskiego, biorąc klientów na wspinaczki. Dzięki jego przykładowi grupa młodych przewodników z Zakopanego zaczęła się szkolić taternicko i tuż przed wojną pojawiła się grupa ludzi, którzy mogli zaoferować usługi dostępne w Tatrach właściwie dopiero teraz, po sześćdziesięciu latach.

Inną dziedziną górskiej aktywności Motyki było szkolenie. Pierwszy w historii polskiego taternictwa kurs wspinaczkowy odbył się na Hali Gąsienicowej w 1936 roku. W 1939 otwarto tam szkolę taternicką, a jej kierownikiem został Stanisław Motyka. Wierny swoim spiskim przyjaciołom, w 1937 roku, wraz z Władysławem Dobruckim, gościnnie szkolił młodych taterników na obozie zorganizowanym przez Karpatenverein w Dolinie Kieżmarskiej.

Trzeba przyznać, że czasami duch sportowy Motyki decydował o dość niecodziennym przebiegu szkolenia niedoświadczonych adeptów wspinaczki. Tak stało się w sierpniu 1938 roku, kiedy Motyka w towarzystwie Andrzeja Marusarza i dwóch kursantów, R.Damca i W. Konarzewsklego, zaatakował, dziewi­czą wówczas, południową ścianę Małego Kołowego Szczytu. Motyka próbował już wcześniej, kilkukrotnie ją zdobywać. Tym razem przypadkowo spotkał inny polski zespół, który zdradził się z zamiarem przejścia tej ściany. Nic nie mówiąc niczego nieświadomym klientom, Motyka odbył z nimi prawdziwy bieg pod ścianę. Po 12 godzinach ciężkiej walki zwycięska czwórka stanęła na szczycie Małego Kołowego. Nowa droga uznana została za jedną z najtrudniejszych skal­nych wspinaczek w Tatrach tamtych lat. Paryski w swoim przewodniku tak o niej pisze:

„Droga skrajnie trudna (VI-), o dużym nagro­madzeniu trudności w środkowych partiach, niezwy­kle eksponowana, jedna z najwspanialszych dróg klasycznych w Tatrach.”

Z pewnością było to jedno z najlepszych osią­gnięć w taternickiej karierze Motyki, także jeśli oce­niać drogę ze względu na jej urodę, a zwłaszcza szczególnie efektowną wspinaczkę w płytach.

W następnym roku, jak już zostało wspo­mniane, Motyka został mianowany szefem szko­ły taternictwa na Hali Gąsienicowej. Był to jego pierwszy i zarazem ostatni sezon na tym stano­wisku. Wybuchła wojna.

Tatry stały się w nowych warunkach jedną z nielicznych dróg, którą można się było przedostać z okupowanego kraju do wolnego świata. Podziemne władze cywilne i wojskowe organizowały służby ku­rierskie do przeprowadzania ludzi i przekazywania informacji przez Węgry do Francji, a później do An­glii. Stanisław Motyka, ze swoim doświadczeniem i wiedzą o Tatrach, był idealnym kandydatem do ta­kiej służby. Przeprowadzał ludzi przez Tatry na wła­sną rękę, potem zaczął działać w konspiracji wraz z legendarnym Józkiem Krzeptowskim, którego do podziemnej pracy w kurierskiej siatce wciągnął Wa­cław Felczak, późniejszy profesor historii na Uniwer­sytecie Jagiellońskim, Motyka był idealnym kandy­datem na kuriera, z tego też powodu stał się jednym z najbardziej podejrzewanych i wkrótce ściganych przez Gestapo. Jego kurierska działalność ograniczyła się do zimy 1939/40. Poszukiwany przez Niemców, wyjechał do Warszawy, ale grunt w dalszym ciągu palił mu się pod nogami, więc z bratem Aleksandrem po raz ostatni przeszedł przez Tatry w 1940 roku. Dotarł na Węgry, gdzie trafił do obozu dla uchodź­ców. W upalny, lipcowy dzień 1941 roku szukał ochłody w Dunaju. Utonął. Miał zaledwie 35 lat. Po­chowano go na cmentarzu w Pocsmegyer.

Józef Krzeptowski na jedną ze swych kurier­skich przepraw włożył do plecaka kilkukilogramowy kamień z Czerwonych Wierchów i przyniósł go na grób kolegi.

Dzisiaj tego grobu już nie ma. Został zaorany. Gdy tam jeszcze był, zapewne niewielu ludzi z Polski trafiało w to miejsce. Przyznam, że i ja nie pamięta­łem dziwnej nazwy miejscowości, gdzie pochowano Stanisława Motykę. Dla mnie pozostał w swoich ta­trzańskich drogach, które z taką finezją wyszukiwał w zagmatwanej rzeźbie granitowych ścian.

Stanisław Kalita