"Rok Gór" - maj 2002r.

Idea Przejścia szlaku górskiego była prosta. Jak najwięcej ludzi na najdłuższym szlaku górskim (Świeradów-Halicz). Organizowana przez PTTK impreza miała na celu ustanowienie rekordu Guinessa. Tak więc i ja postanowiłem wziąść czynny udział w tym przedsięwzięciu i wyruszyć w góry aby przyczynić się do ustanowienia rzeczonego rekordu:) Drugim powodem było to, iż już od 2 tygodni nie łaziłem i na miejscu wysiedzieć nie mogłem już po prostu.

Rozpocznę więc od początku czyli od chwili gdy zadzwonił budzik, niewyobrażalne dla mnie, ale pokazywał godzinę 4.15, dość niespotykaną porę obserwowanę przeze mnie. Nie pozostawło nic innego jak tylko zwlec się z łóżka i obmyć twarz zimną wodą aby choć trochę się otrzeźwić. Na niewiele się to zdało, ale wystarczyła aby się ubrać i wiąść za jedzenie. Bułaka z bananem(olimpijskie jedzenie Adama M.) wystarczyła aby oszukać zaspany żołądek. O5 siedziałem już w autobusie linii 129:) Na dworzec dojechałem dość szybko (tylko 20 min) i zakupiłem bilet sobie do miejscowości Węgierska Górka. Koszt takiego biletu 11.37 nie przeraził mnie zbytnio, a nawet ucieszył, że tak tanio. Wsiadłem do pociągu i bojąc się o swój dobytek nie zasnąłem wcale:) W Katowicach czekałą mnie przesiadka na kolejny pociąg osobowy i już tym dojechałem na miejsce.

Oczywiście nie obyło się bez ciekawych spotkań, w Bielsku wsiadła pani z mężem i jej koleżanka. Rozmowa z początku była mało interesująca, przeważnie o tym kto na co umierał u nch w rodzinie, zająłem się tedy podziwianem krajobrazu za oknem. Przepiękne Beskidy ze swymi szczytami zasnutymi mgłami jakby zawoalowane. Zakrywały swe oblicza przed nieporządanym wzrokiem, jakby chcąc zniechęcić śmiałków którzy chceliby je zdobywać. Jednak powodowało to zupełnie przeciwny efekt i wzrastała chęć wspięcia się na te szczyty. Nagle rozmowa zeszła na bardziej interesujące tematy, jak choćby to, że grzyby się pojawiły w lasach albo że padało dzień wcześniej i Koszarawa niesie pełno mułu do jeziora Żywieckiego:) Większej ilości wiadomości Beeskidzkich nie udało mi się wysłuchać, gdyż zmuszony byłem wysiąś na docelowej stacji mojej podróży. Od razu zauważyłem pracowników Żywieckiego oddziału PTTK, którzy zaopatrzyli mnie w kartkę potwierdzającą moje przybycie na start i wysłali w dalszą drogę. Na początku było bardzo monotonnie, cały czas lasem i niewiele pod górę.:) Od jakiś 1000 mnpm wszedłem w chmury, które wcześniej obserwowałem z doliny. Teraz otaczała mnie zewsząd biała wilgotność. Nie było widać nic już na jakieś 30 metrów, tak więc z pięknych widoczków czy panoramek nici:(
Jednak gdy wszedłem na Glinne, zmieniła się sceneria, skończył się las a jego miejsce zajęła pustynia, no prawie, bo poszycie pozostawło na swoim miejscu w postaci dużej ilości borowiny. Jednak nie to rzucało się w oczy. ZAmiast drzew z ziemi wystawały tlko kikuty, lub powyrywane z korzeniami ogromne ciała wiekowych sosen. Wyglądały tak, jakby to miejsce nawiedził jakiś mocno napity olbrzym i chciał się trochę rozerwać ruinując ten piękny zakątek. Wtedy mgła zgęstniała jeszcze bardziej, już nawet na 10 metrów nie było nic widać i pozostawało mi się kieerować doświadczeniem, że nie wolno zchodzić w dół, lecz należy iść grzbietem. Nagle, gdzieś zza moich pleców usłyszałem pieśń, najpierw intonowaną zwortkę a następnie powtarzaną przez kilka męskich głosów. Jak nietrudno się domyślić była to pieśń o "Kwalerii". Wtedy pomyślałem sobie, no ładnie kwiatki, jeśli to spadochroniarze mają manewry, to jeszcze w tej mgle gotowi wziąść mnie za nieprzyacielski okręt podwodny i ostrzelać. Przyspieszyłem kroku i podążałem swoją drogą. Nagle przedemną, pojawili się jacyś ludzie, zobaczyłem ich dopiero jak byli może 8 metrów przede mną. Na szczęście to byli tylko harcerze a tamci rozśpiewani koelesie, to ich koledzy z drużyny:) Po tradycyjnym przywitaniu i wymianie spostrzeżeń na temat darcia się w górach, poszedłem dalej. Następną godzinę szedłem niemalże po płaskim terenie, bez żadnych przykrych podejść, lub zejść. Pod koniec dopiero malutkie podejście pod sam szczyt Baraniej i wychodząc na polanę zostałem zaskoczony przez gromadę ludzi:) Już tam byli jacyś równie chętni do Bicia Guinessa:) Na wieżę widokową nawet nie wchodziłem, gdyż jedyne co mogłem zobaczyć z niej, to Ci ludzie na dole a i tak słabo:) Potwierdziłem swoje przybycie i miła niespodzianka dowiedziałem się która godzina, była 12 w południe:) Trasa przewidziana jest podobno na 3,5 godziny, ale uważam, że 2,5 to już wystarczający czas na jej spokojne przebycie.
Pomyślałem że można sobie pozwolić na chwilę rozpusty ,usiąść na chwilę i zjeść coś. Zasiadłem do obiadu jak na prawdziwego turystę przystało. Z plecaka wyciągnąłem chleb, konserwę i..... kurcze, zapomniałem noża:) Na szczęście turyści są bardzo uczynni i użyczyli mi jakiegoś scyzoryka którym pokrołem sobie tą wspaniałą konserwę turystyczną marki Leader Price:) Po zjedzeniu 8 kanapek z ową konserwą uznałem iż nie trzeba więcej niż 20 minut marnwać na siedzenie na zamglonym szczycie i ruszyłem dalej już zmieniając kolor szlaku. Teraz zchodziłem niebieskim szlakiem w dół do źródeł Wisły.

Z Białej Wisełki nie omieszkałem nabrać sobie wody aby w akademiku uczynić z Niej herbatę(w końcu to wyczyn móc powiedzieć, że się pije wodę z Wisły;) Tutaj mozna bez problemu czyniąc krok stanąć na drugim brzegu tej Królowej Polskich rzek. Schodząc dalej jeszcze bardziej utwierdzałem się w przekonaniu iż właśnie Wisła zasługuje na miano królowej. Bierze swe źróedła w tak pięknych, czystych górach. W swym górnym brzegu, jeszcze nieujażmiona szalona można rzec szumi i burzy się. Spada kaskadami drążąc w skałach oczka wodne, które swą zielonkawą tonią jakby głosami rusałek zapraszały do kąpieli. Cóż, skoro czasu nie ma na to i trzeba się śpieszyć aby na PKS w Wiśle zdążyć. Pozostaje tylko spojrzeć sobie jeszcze raz na Kaskady Rodła i ruszyć w kierunku rodzimego miasta naszego Orła. Przemierzyłem jeszcze do końca żółty szlak i dalszą drogę kontynuowałem już asfaltem:( Ostatnie 10 km musiałem iść po twardym podłożu, co wcale nie podobało się moim stopom. Na szczęście szybko dotarłem do Wisły i już spokojnym krokiem wszedłem na główną aleję (1-go Maja:) ta doprowadziła mnie na ryneczek, bardzo ładny, wtulony w otaczające całe miasto wzgórza, powodujący, że człowiek czuje się tam bezpiecznie pomimo tego gwaru tam panującego. Od razu widać, że miasto żyje z turystów. Peło sklepów z pamiątkami, barów, budek z junkfoodem. Cóż, z takimi walorami i takim położeniem, nie można się dziwić.

Skierowałem się tam, gdzie nakazywała strzałka z napisem "Dworzec PKS" W założeniach wyprawy było, iż powrót zapewni mi właśnie PKS o godzinie 17.30 Najpierw jednak dotarłem na dworzec PKP. No i tutaj kolejna niespodzianka(jak najbardziej miła:) Patrzę na zegar i oczom nie wierzę-pokazuje 15.00 Zdziwiony upewniłem się czy dobrze chodzi aby, ale chodził dobrze. Sprawdziłem zatem rozkład jazdy i pojawiła się niesłychana możliwość powrotu. O 15.40 miałem osobówkę do Katowic a stamtąd chwilę po przyjeździe następny pociąg do Krakowa. No i to było to, czego potrzebowałem. Nie namyślając się długo kupiłem bilet i udałem się na dworzec. Tam oczywiście jak nakazuje zawodowa ciekawość przyjrzałem się wszystkim urządzeniom kolejowym ;) I doczekałem tak na przyjazd pociągu. Wsiadłem i znów było ciekawie. Jacyś kolesie wracali z popijawy w Wiśle i całą drogę dokuczał im taki mały, może 10 letni chłopiec. Miejscami dawał tak popalić, że tamtych kolesi po prostu zatykało:) Oczywiście PKP dostarczyło mi dodatkowych atrakcji w postaci opóźnienia pociągu. Na szczęście ten w Katowicach był na tyle uprzejmy, że poczekał aż sobie wsiądę i dopiero wtedy odjechał:) I znów całą drogę byłem mimowolnym świadkiem rozmowy. Tym razem bardzo monotonnej i mało dla mnie interesującej. Dwóch gości rozmawiało o tunningu samochodów. Doszli w końcu do wniosku, że na wodę to one i tak nie będą jeździć:)

No i powróciłem do Grodu Kraka, gdzie Wisła płynie już majestetyczna, nie mając w sobie nic z tej wzburzonej Białej Wisełki(no i wody się nie da z niej pić:) Autobusem 129 znów wróciłem do mojego pokoiku na drugim piętrze i piszę ten list dla ogólnego rozbawienia Was, ale też i dla zachęcenia do wędrówek. Te zawsze przynoszą przygody, które krócej lub dłużej zapadają nam w pamięc.