Profesionaliści
Stary Gustaw Gąsienica, zwany Banieckim, bił pięścią w stół. Spod nastroszonych brwi i zmarszczonego czoła patrzyły roziskrzone złością oczy.
- Tak nie śmie być, panie Oppenheim! Jakeście umyślili dawać ceprom przewodnickie blachy, to możecie se zabrać nase. Ciekawość ino, kto wam gości będzie prowadzał.
- O co wam się rozchodzi, Gustawie? O jakich ceprów? - spytał siedzący za biurkiem nieco w głębi sekretariatu Ignacy Bujak.
- Ale! Niby to nie wiecie?! Byle smark, co sie potrafi na choćjakom turnickę wystrymać, to juz musi być przewodnik! O kogo sie rozchodzi, to lepiej wiecie, jako jo. A mnie książeczki nie chcecie dać!
Oppenheim spojrzał uważnie na Banieckiego.
- Ani pan sekretarz - rzekł wskazując na Bujaka - ani ja nie mamy prawa mianować przewodników, tylko Komisja dla Spraw...
- A wy, panie, nie jesteście w tej komisyji? - przerwał Baniecki. - Wy i pan Zwoliński, i Jarząbek, i te młode laufry, co przyjechały ze świata. Im sie nie ma co dziwować, takie same mądrale, jako ten Motyka i Jasiek Staszel, niby kolegowie od styrmacki. Ale wy, panie Oppenheim... Przecieście mądry cłek...
Ignacy Bujak począł się śmiać.
- Staszel taki sam góral, jak i wy, a Motyka też się tu urodził.
- Nie śpasujcie, panie sekretarzu! Wedle mnie góral to jest taki chłop, co nosi bukowe portki, z przeproszeniem, na rzyci, grule sadzi, owiesek sieje, gazdówki patrzy, a nie taki panie, jako Jasiek. A ten drugi ani telo! Zgichło sie tego dziadostwa do Zakopanego i chcieliby tu wierchować. Dyć te Motyki przysły kasi od Łodzi. Jak takich będziecie robić przewodnikami, to uwidzicie, co się stanie. Ino patrzeć, jak za tatrzańskich przewodników bedom chodzili różni panice z Warsiawy, Krakowa i do reśty, diasi wiedzom skąd! A my, górale, będziemy kwaśnice z postnom zbryjkom chlipać i patrzeć, jako sie cepry sproscom temi dutkami, co nom sie nalezom. We Warsiawie, abo i tej Łodzi roboty majom dość! Nie musom nam chleba zabierać, bo go tu na Podhalu mało.
- Ej, Baniecki - powiedział Oppenheim - jakbyście tak chodzili po górach, jak Motyka i Staszel, to byście już dawno byli przewodnikiem najpierwszej klasy.
- I coz z tego, kiedy goście przestali najmować przewodników. Porobiło Towarzystwo percie, wymalowało znaki, pan Zwoliński powypisował takie ksiązecki, kany po Tatrach chodzić, to sie goście przyucylij co im nie trza nikogo, coby ich wodził.
- Wy byście chcieli prowadzić panów jak najniżej za jak najwyższą dniówkę - zauważył Bujak.
- Panie! Przecie i wy byście radzi leżeli doma brzuchem dojgóry, kieby wam za to płacili. A za darmo, abo lada jaki grosz nie będziecie pracować. Powiedzcie sami, czy tak nie jest? Dyć i tu, w biurze, za to, co dzień w dzień siedzicie, dutki wam płacom.
- Wyście, Baniecki, strasznie dowcipny - burknął Bujak.
- Wyobraźcie sobie, Gustawie, że są tacy ludzie, którzy nie tylko dla pieniędzy pracują - odparł Oppenheim. - Pamiętacie pana Zaruskiego?
- E, to takie pańskie fanaberyje - przerwał Baniecki. - Chłopska rzec robić po to, coby zarobić.
- Właśnie - przyświadczył Oppenheim - za dobrą robotę płacą dobre pieniądze. Wiecie, ile dostaje Motyka za przeprowadzenie klienta przez południową ścianę Zamarłej Turni? Pięćdziesiąt złotych. Dzisiaj nie potrzeba przewodnika na to, żeby przeprowadził gościa przez Zawrat do Morskiego Oka, bo każdy sam przejdzie, tylko żeby przewodnik wywiódł klienta na Ostry Szczyt, Zamarłą Turnię, a choćby tylko na Grań Kościelca. Mają co robić Motyka i Staszel, i Wojtek Juhas, i Andrzej od Wawrytków czy młody Jędrek Marusarz. A wiecie dlaczego? Bo umieją się wspinać. A wam się wydaje, że to wciąż jeszcze tak jest, jak za czasów doktora Chałubińskiego, kiedy przewodnik był potrzebny, żeby doprowadził gościa do Strążysk czy na Pyszną. Wykażecie się umiejętnościami wspinaczki, to wam na pewno Komisja da książeczkę przewodnika.
- Bylebyście nie byli przynapici, tak jak dzisiaj - dorzucił Bujak.
Baniecki spojrzał nieprzyjaźnie w jego stronę, potem zwrócił się do Oppenheima.
- Jak pijem to za swoje. A nie mówcie panie kierowniku, co przewodnicy nie są potrzebni gościom, co sie wybierajom bez Zawrat w Morskie. To prowda, ale nie ze sytkiem. Nie bacycie, jako było łońskiego roku, co sie tak z wiesnom panocek zabił we Swistówce. Prowadził jakichsi leśnych. Dobrze, co ich tam sytkich ślak nie trafił. I co panie na to powiecie? Był za przewodnika? Był. To róbcie takich przewodników. Naskiemu chłopu taka rzec by sie nie przydarzyła, choćby i nogłupsemu.
- Przecież ten pan, bo o nim chyba mówicie, nie był przewodnikiem. Nie miał książeczki przewodnickiej.
- No i co z tego? Mioł, albo i nie mioł. Widziało mu się, co .może wodzić po wierchak i sami wiecie, co sie porobiło. Mało to takich teraz choć gdzie chodzi? Tego Towarzystwo nie patrzy, ba śpieguje, coby przewodnik, broń Boże, kieluska gorzołki nie wypił. Dawniejsi przewodnicy radzi pijali i dobrze było. Nikt im się w górach nie stracił.
- I o to macie do nas pretensję? - spytał Bujak.
- Ja ta pretensyji nijakiej nie mom. Ino mi sie o to rozchodzi, co nie gonicie takich gówniarzy, co sie za przewodników ofiarujom, a ksiązecek nijakich nie majom. Po drugie, co robicie za przewodników niepilich. Przewodnik ma być górol i śłus! A po trzecie, bez coście mnie ksiązecki odmówili? Sytko do góry nogami w tym wasym Towarzystwie. A skroś tego, co w nim rządzom choć jakie mędrki...
- Baniecki ! Tylko sobie za dużo nie pozwalajcie! - zgniewał się Bujak.
- A bo co?! Krzywda nam sie dzieje!
- Wy sobie nie musicie krzywdować. Nigdy z was nie był przewodnik, tylko "chłop pod torbę". W Komisji są także przewodnicy. Niby to nie wiecie?
- Co ta oni mają do gadania! Telo co nic - sprzeciwił się Gustaw. - Choć jakich panów wodziłek po wierchach i dobrze było. Chwalili mnie.
- Godzili was nie wiedząc, że nie macie uprawnień - dorzucił Bujak.
- Boście mi ich nie dali! Ale wiecie co? Znajdom i na was sposób! Będzie przewodników zatwierdzać starostwo, jako przódzi bywało, a nie jakiesi komisyje. Abo osadzimy kosy na śtorc...
- Dobrze, osadźcie - przerwał Oppenheim, chcąc skończyć rozmowę z podpitym. A na razie idźcie się wyspać.
- Cóż mnie wyganiacie?! - użalił się Baniecki. - Ani pogwarzyć z wami nie można.
- Dlaczego nie? Ale nie musicie zaraz grozić panu sekretarzowi i mnie kosami. Jak byście na kogo innego trafili, to wiecie, gdzie się takie gadanie kończy.
- E, panie. To się ino tak z prędkości Rzekło - począł łagodzić Baniecki. - Wyście sprawiedliwy cłek. Tego nikto nie zaprzecy. Ino sie rozchodzi o tom przewodnickom ksiązeckę...
Oppenheim ciężko westchnął. Znowu się od początku zaczyna.
- Porozmawiam o tym z Komisją - rzekł niezobowiązująco. - A teraz już idźcie, bo mamy roboty co niemiara.
- No, widzicie. Przecie my sie ugodzili. Ale wiecie co wam rzekę...
- Słucham, co jeszcze do nas macie?
- Kiebyście wyzycyli dwa złote na ćwiartkę, bo mi coś dutków hybło. Nie bójcie sie nic, ja wam te pieniądze wrócem. ino mi jeden taki odda. Wiecie, za dniówkę mi zalega.
Oppenheim ze zrezygnowaną miną sięgnął do kieszeni.
- Niechże wam Pan Bóg zapłaci - powiedział Gustaw, chowając monetę do kieszonki kamizelki. - A wedle tej ksiązecki...
- Nie mieszajcie do tego interesu Boga. Wy mi macie oddać dwa złote, a nie Pan Bóg. Przy okazji złoty i dziesięć groszy, pamiętacie, jak wam zabrakło ostatnim razem - dodał z uśmiechem kierownik Pogotowia.
- Pamiętam, pamiętam. Zarućko wam syćko wrócem. Miewajcie sie panowie w zdrowiu - rzekł Baniecki i zaczął się zbierać do wyjścia.
- No i co, panie Józefie - ozwał się Bujak, gdy się drzwi za Gustawem zamknęły. - Diabli wzięli dwa złote.
- Myli się pan - odparł Oppenheim. - Oni wszyscy drobne pożyczki prędzej czy później oddają. Choćby dlatego, żeby znów móc pożyczyć. Ten Baniecki to okpiś jakich mało, ale wesołek z niego pierwszej wody. Wie pan, co ostatnio zmalował? Napotkał znajomka z wozem na jarmarku. Ten mu był winien parę złotych. Spotkanie naturalnie skończyło się w karczmie. Dosyć prędko także skończyły się pieniążki. Na to Baniecki przeprosił kumotra i powiada, że idzie do takiego jednego, co mu zalega z zapłatą za robotę. Wbrew przewidywaniom prędko wrócił ze znaczną kwotą. Jak jego dłużnik doszedł po pewnym czasie do przytomności okazało się, że nie ma ani Banieckiego, ani wozu, ani koni. Po prostu Gustaw sprzedał od ręki hurtem własność tamtego, którą następnie razem przepili.
- I jak się skończyło?
- Baniecki swoje odsiedział. A z poszkodowanym jakoś się ugodził.
- Na przewodnika to on się nie nadaje...- zauważył Bujak.
- Jasne. A swoją drogą, trochę racji miał. Namnożyło się dzikich przewodników, jak grzybów po deszczu, a Towarzystwo rzeczywiście nic nie robi, żeby ukrócić ten proceder.
- Co na to poradzimy? Nie ma egzekutywy. Zresztą, kto może sprawdzić, czy jakiś taternik prowadzi swojego znajomego, albo i nieznajomego za pieniądze czy w celach towarzyskich? Wszystko co się na ten temat słyszy to tylko plotki. Dowodów potrzebnych do wszczęcia dochodzenia nie ma - stwierdził Bujak.
- Swoją drogą trudno się dostać do klanu przewodnickiego. Żeby pan wiedział, jak się górale pieklili o Motykę. A przecież nie ma wśród nich lepszego wspinacza. To chyba śmieszne, że Staszek Motyka,, który pełnił funkcję instruktora czechosłowackich przewodników i rzeczywiście ich przewodnictwo w dużej mierze jemu zawdzięcza swój wysoki poziom, nie mógł uzyskać u nas uprawnień tylko z tego powodu, że jego ojciec nie był góralem. To gorzej jak w średniowiecznych cechach. Wtedy tylko bękartów nie przyjmowano.
- Słyszałem, że teraz z kolei o Staszla jest awantura. A Jasiek to góral z pochodzenia. Więc o co chodzi?!
- Widzi pan, panie Ignacy. Rzeczywiście mimo wielkiego napływu gości do Zakopanego, przewodnicy nie mają zajęcia. Głównym powodem jest zubożenie społeczeństwa, ale także dążenie do samodzielności. To zjawisko obserwujemy jeszcze sprzed I wojny, chyba od czasów Chmielowskiego. Drugim powodem jest udostępnienie szlaków popularnych, takich jak: Zawrat, Orla Perć, Rysy, Przełęcz pod Chłopkiem, nie mówiąc o Tatrach Zachodnich. Dzisiaj przewodnik tatrzański musi być pierwszorzędnym wspinaczem, takim jak Staszek Motyka czy Jasiek Staszel. A tych wśród górali jest niewielu. Reszta to stare dziady, którzy nie podejmą się poprowadzenia bezpiecznie gościa na wspinaczkę. Po prostu boją się konkurencji Jaśka.
- No, natura nie znosi próżni - zauważył Bujak.
- Właśnie. Tacy świetni niegdyś przewodnicy, jak Kuba Wawrytko czy stary Marusarz dzisiaj na nadzwyczaj trudną drogę nie poprowadzą. To i nic dziwnego, że klientów łapią taternicy bez uprawnień, jak choćby Sawicki czy Tadek Pawłowski.
- To bardzo mili chłopcy... - stwierdził Bujak.
- No cóż, prędzej czy później... - Oppenheim nie dokończył rozpoczętej myśli i machnął ręką.
Na pierwszym piętrze schroniska "Murowaniec" na Hali Gąsienicowej w sali restauracyjnej było gwarno. Jak zwykle pod wieczór ściągnęli turyści, dla których schronisko stanowiło bazę wypadową w rejon Świnicy i Orlej Perci, nocowali także pasanci, zdążający w kierunku Doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka popularnymi szlakami przez Zawrat i Krzyżne, oraz spora grupka taterników. Między bufetem a kominkiem, tuż przy ścianie znajdował się stolik, przy którym najczęściej gromadzili się przewodnicy. Tego wieczoru siedziało przy nim dwóch młodych ludzi, których wiek wahał się koło trzydziestki. Twarz starszego z nich, Stanisława Motyki, była tak szczupła i tak bardzo opalona, że z powodzeniem mógłby on uchodzić za czerwonoskórego. Wrażenie to potęgowały wystające kości policzkowe oraz ciemne, proste włosy, zaczesane ku tyłowi nad wysokim, wypukłym czołem, i nieco skośnie osadzone oczy. Twarz wyrażała powagę i wewnętrzny spokój. Jego towarzysz, również młody przewodnik, Wojtek Gąsienica Juhas, stanowił pod względem fizycznym jego przeciwieństwo. Szeroką twarz o nieregularnych rysach i typowej dla blondynów karnacji co i raz krasił uśmiech. Dosyć skąpe, jasne włosy miał gładko przyczesane do tyłu. Obaj posiadali zwięzłe, wysportowane sylwetki, przy czym Motyka był wyższy i bardziej wysmukły. Obaj popijali jabłecznik, produkowany przez gospodynię schroniska ze skórek z jabłek, cukru i drożdży. Rozmawiali na temat nowego przewodnika, wydanego przez dr Kule-szynę i Tadka Pawłowskiego, w którym opisano szereg dokonanych, również przez Motykę, przejść taternickich. W ogóle rozmowa snuła się leniwie. Motyka z natury był małomówny. Wojtek, który wybierał się następnego dnia ze swoimi podopiecznymi na południową stronę Tatr, a przeprowadził ich dzisiaj przez Czerwone Wierchy, był po prostu zmęczony mało ciekawą, a długą drogą.
- Wiecie, Stanisławie - zwierzał się swemu rozmówcy - wolę iść na aussera, jak wodzić po Czerwonych Wierchach. A po prawdzie to mi najbardziej dojada zabawiać takiego panocka i odpowiadać na pytanie: „A dlaczego kosodrzewina tu nie rośnie? A co to za kwiatki? A czy spotkamy niedźwiedzia?" i takie różne głupotki. Wam to dobrze. Przejdziecie ścianę, wbijecie do kieszonki dutki i wrócicie do domu albo pójdziecie do Pięciu Spiskich strymać się z Zamkowskim albo z Briillem.
- Ale i wy prowadzicie nie tylko po "krowich drogach" - zauważył Motyka.
- Po prawdzie, zdarza się, ale nie tyle co wam. Chwilę milczeli. Potem Juhas zagadnął:
- Powiedzcie prawdę, płaci wam ten żydek taksę przewodnicką w koronach?
Motyka spojrzał bystro na Wojtka.
- Jaki żydek?
- No, niby Zoltan Briill...
- Ej, Wojciechu! Pokumaliście się z Adolfem?!
Juhas zrobił zdziwioną minę. Najwyraźniej nie wiedział o co chodzi.
- Z Hitlerem - wyjaśnił Motyka. - A może z którym z naszych polskich hitlerków?
Wojtek skrzywił się z niesmakiem.
- Ja przeciw Żydom nic nie mam. Choć różnie ludzie gadają... A Hitlera, jak co do czego przyjdzie, to społem będziemy bili.
- Właśnie. A takich Żydów jak Zoltan daj nam Boże jak najwięcej w Polsce. Świetny lekarz, fajny towarzysz na wspinaczce. Co wam będę mówił. Nie gorszy taternik jak Zamkowsky czy Jasiek Sawicki.
- Społem byliście na grzędzie Wideł? Trudna droga? - zmienił Juhas temat rozmowy, który najwyraźniej nie przypadł Staszkowi do gustu.
Lecz Motyka nie zdążył odpowiedzieć na pytanie. Do stolika zbliżyła się bowiem kierowniczka schroniska pani Basia, a z nią jegomość w średnim wieku i młoda dziewczyna. Staszek zerwał się z miejsca. Kierowniczka cieszyła się jego wielką sympatią, może nawet czymś więcej niż sympatią i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ale tym razem nie chodziło o towarzyskie kontakty. Pani Basia przedstawiła przybyłym Motykę i zniknęła na zapleczu bufetu. Okazało się, że byli to kandydaci na wspinaczkę. Pan Edward, gdyż takie imię nosił starszy jegomość, i jego córka Jadwiga znali Tatry i przeszli już szereg skalnych dróg. Teraz chcieli popróbować swoich sił na> południowej ścianie Zamarłej Turni. Wojtek Juhas dyskretnie ulotnił się, nie chcąc przeszkadzać w pertraktacjach. Przybyli usiedli obok Motyki i po krótkiej rozmowie przewodnik zgodził się na proponowaną trasę i warunki finansowe.
- A wie pan, jak się zaczęło nasze taternictwo? - zapytał pan Edward. Po chwili kontynuował: - Proszę sobie wyobrazić chyba dwa lata temu wędrowałem z córką i żoną na Halę Gąsienicową. Upał był potworny. Na początku Skupniowego Upłazu przyłączył się do nas jakiś młody człowiek i zaproponował, że mi pomoże nieść plecak. Myślałem, że smali cholewki do naszej Jadźki, jako że dziewucha jest do rzeczy.
- Ależ, tato - krzyknęła panna nieco się rumieniąc.
- Nie przerywaj, smarkulo. No więc myślę sobie, niech i ja mam jakąś korzyść z córki i dałem mu ten plecak. Ale okazało się, że chodzi o coś innego. Na Hali ów młodzian zaproponował wspólną wspinaczkę na Grań Kościelca. Poszliśmy we trójkę i bardzo nam się to spodobało.
Po powrocie do schroniska nasz przygodny znajomy poprosił o przysługę w formie pożyczki. Naturalnie nie mogłem mu odmówić. Dostał dwadzieścia złotych i zniknął z pola widzenia.
Motyka się uśmiechnął. Znał ten proceder, który między bracią taternicką zwał się "polowaniem na upatrzonego". W ten sposób niezamożni studenci zarabiali na pobyt w górach, odbierając przy okazji przewodnikom potencjalnych klientów. Był przekonany, że mógłby podać nazwisko owego młodzieńca.
- To był taki niewysoki, barczysty blondyn, z bardzo jasnymi oczyma? - zagadnął, by się upewnić w swych przypuszczeniach.
- To pan go zna? - ucieszyło się dziewczę. - Bardzo był miły.
- A wie pan, co najbardziej mnie zaskoczyło? - ciągnął pan Edward. - To, że w niecały rok później otrzymałem przekaz na te dwadzieścia złotych. Niespotykana solidność, jak na dzisiejsze czasy.
Staszek się uśmiechnął.
- Widocznie dostał stypendium albo naciągnął babkę na grubszą forsę. - Podobno okropnie skąpa, ta jego starsza pani.
- Ach, więc to student? Zaraz ci mówiłam, tato, że wyglądał na przyzwoitego człowieka - powiedziała Jadzia.
- Można państwu pogratulować, odbyliście pierwszą wspinaczkę pod okiem jednego z naszych najlepszych taterników - zakończył Motyka.
Następnego dnia ranek był mglisty. Mimo to Staszek oraz dwójka jego podopiecznych już około dziewiątej godziny znalazła się w okolicy Koziej Przełęczy. Zostawiono tu plecaki, zmieniono buty na kleterki i po zejściu do Pustej Dolinki związano się liną u wejścia w ścianę. Pierwszy ruszył niezbyt trudną rysą Staszek, za nim panna Jadwiga. Ostatnim na linie był jej ojciec. Rozległ się dźwięk pierwszego wbijanego haka. Wkrótce doszła do niego dziewczyna. Przewodnik przypętlił ją do haka.
- Zaczyna się "dolny trawers". Proszę uważać, którędy pójdę - odezwał się. Po czym, jakby bez specjalnego wysiłku, korzystając ze skąpych chwytów i stopni, począł przesuwać się w lewo. Po chwili stanął przy charakterystycznym, granitowym bloku, zwanym "graniastosłupem".
- Proszę ściągnąć do siebie tatusia - krzyknął w kierunku dziewczyny.
Wspinaczka przebiegała bez specjalnych zakłóceń. Rozlegały się typowe okrzyki:
- Można iść!
- Idę!
- Ściągnij linę!
- Poluzować!
- Wybijam haka!
Przeszedłszy stromą rysę ponad "graniastosłupem" Staszek ściągnął linę tak, że w razie odpadnięcia dziewczyna nie obsunęłaby się więcej niż kilka centymetrów. Byłato jedno z najtrudniejszych miejsc na drodze. Poczekał tu także na jej ojca, uzasadniając to koniecznością odebrania od niego haków, które ten wybijał. W rzeczywistości nie dowierzał asekuracji Jadzi.
Nie sprawiała wrażenia zbyt silnej fizycznie. Okazało się, że dobrze zrobił, gdyż pan Edward miał trudności w pokonaniu rysy i trzeba było go podciągnąć na linie.
- Który raz pan tę drogę przechodzi? - zagadnął go starszy pan zdyszanym głosem.
- Dokładnie nie pamiętam, ale to chyba będzie gdzieś trzydzieste przejście.
- Nie sądziłem, że tu tak stromo - rzekł pan Edward, spoglądając na doskonale widoczną stąd gładziznę płyt. - Jest pan pewien, że zabezpiecza nas w stu procentach?
- Ależ, tato! Nie pora teraz na takie pytania - przerwała ojcu dziewczyna.
- Jak do obecnej chwili to w stu procentach. Najlepszy dowód, że tu jestem. Gdyby było inaczej, to mógłby pan się ze mną prawdopodobnie porozumieć tylko przy pomocy jakiegoś dobrego medium.
Pan Edward spojrzał na swego rozmówcę niezbyt przyjaźnie. Natomiast jego córka zaniosła się perlistym śmiechem.
- Dobrze ci tak! A to się panu mecenasowi dostało!
Po chwili starszy pan też wybuchnął śmiechem. Motyka pomyślał, że całe szczęście, iż jego klienci posiadają poczucie humoru.
- Nie wierzę w wirujące stoliki - odezwał się pan Edward.
- Przyznam się, że ja też nie - zgodził się Staszek - chociaż Czarną Panią widziałem na własne oczy...
- Jak to? - spytała zaskoczona panienka.
- Opowiem na szczycie - odparł i począł się przymierzać do "górnego trawersu".
W następnym nadzwyczaj trudnym miejscu dziewczyna poradziła sobie całkiem dobrze, natomiast jej ojca trzeba było znów "wymelzaczyć", jak to się mówiło w taternickim żargonie. Ostatnie długości liny nie przedstawiały już specjalnych trudności i po pokonaniu stromego zacięcia stanęli szczęśliwie na wierzchołku. Przewodnik uścisnął dłoń swego klienta, gratulując dokonania pięknej wspinaczki. Panna Jadwiga, nie zważając na obecność rodziciela, zarzuciła Staszkowi ramiona na szyję i serdecznie go wycałowała.
- Taka jestem szczęśliwa! Zdobycie tej ściany było moim marzeniem!
Pan Edward spoglądał na córkę z lekkim uśmiechem. Wiedział, że panna jest egzaltowana, a Motyka był przystojnym mężczyzną. Staszkowi przypomniała się natomiast historia, jak to równie egzaltowana pani, z okazji zdobycia wierzchołka Krywania, zaproponowała swojemu przewodnikowi, by się pocałowali. Ponoć Józek Krzeptowski, gdyż to o niego chodziło, odparł, że chętniej by się z nią zamienił na zegarki, bo jego czasomierz szpetnie się spóźnia. Motyka jednak, na wszelki wypadek, nie opowiedział tej przewodnickiej dykteryjki, natomiast, tak jak obiecał* opowiedział historię z Czarną Panią. Otóż po jakiejś ostrej dyskusji w licznym taternickim gronie na temat spirytyzmu, wirujących stolików i w ogóle zjawisk nadprzyrodzonych jeden z uczestników owej kontrowersji pożyczył od siostry czarną, wizytową suknię, tegoż koloru woalkę, pończochy i pantofelki. U stóp Zamarłej Turni przebrał się w owe szaty i zaczekał na swoich oponentów, wybierających się na południową ścianę. Gdy nadeszli i jeden z nich spostrzegł siedzące na ogromnym głazie straszydło, obaj uciekli w popłochu i nie oparli się aż w schronisku w Pięciu Stawach, gdzie przysięgali na wszystkie świętości, że Czarna Pani rzeczywiście istnieje.
Ze szczytu Zamarłej było kilkanaście kroków do ścieżki, a stąd niedaleko do pochowanych między głazami plecaków.
Tak więc wczesnym popołudniem cała trójka na czele z Motyką wkroczyła do Murowańca. Nieco później pani Basia spotkawszy Staszka samego powiedziała:
- Przyjdź do mego pokoju na podwieczorek. Coś ci się zanadto ta klientka przygląda. Pamiętaj, że jej tato zapłacił taksę tylko za przejście Zamarłej Turni, a swoją drogą brak nam czwartego do bridża.


